Szymon SZEWRAŃSKI - Zrównoważona alternatywa

 

Artur HEBDA: Polski interes narodowy

 

Michał SYSKA: Szerszy centrolew

 

Michał SYSKA: Europa to nie układ

 

Michał SYSKA: Lewica oddała pole liberałom i populistom

 

Michał SYSKA: Jak powstrzymać PiS

Michał SYSKA, Szymon SZEWRAŃSKI: Zjednoczeni w różnorodności

Michał SYSKA, Szymon SZEWRAŃSKI: Socjaldemokracja umarła, niech żyje socjaldemokracja

Szymon SZEWRAŃSKI: Ekologicznie znaczy nowocześnie

Szymon SZEWRAŃSKI: Więcej demokracji, więcej integracji!

Michał SYSKA: Archaiczne państwo PiS, LPR i Leppera

Artur HEBDA - O Polskę socjalistyczną

Artur HEBDA - Socjaldemokracja zdechła

Artur HEBDA - Wojna a prawda


Szymon Szewrański - Zrównoważona alternatywa

 Najnowsze sondaże opinii publicznej wskazują stosunkowo silne i stabilne poparcie dla obozu władzy. Komentatorzy zgodnie utrzymują, iż sytuacja taka nie miała dotychczas precedensu. Rządzący konsekwentnie realizują własną politykę medialną i nie tracą z pola widzenia swojego elektoratu, co było podstawowym błędem wszystkich poprzednich ekip. Wydaje się, że po raz pierwszy w najnowszej historii procesów demokratycznych, efekt wahadła wyborczego może nie zadziałać, tak jak by życzyła sobie tego opozycja. Kolejnych wyborów nie będzie można wygrać minimalnym kosztem tj. „dzięki sprawującym władzę”. Ewentualny sukces wymaga przedstawienia wiarygodnej i spójnej kontrpropozycji wobec obecnie realizowanej konserwatywnej wizji politycznej. Naturalną alternatywą dla koncepcji prawicowej powinna być lewicowa wizja kraju i społeczeństwa. Rządy narodowo-ludowe w Polsce już zdążyły się stać głównym katalizatorem dyskusji, która być może pozwoli wreszcie zdefiniować ramy ideowe nowoczesnego, lewicowego programu politycznego. Trwa publiczna debata, w której ścierają się zasadniczo dwa światopoglądy wyrażane m.in. stosunkiem do problemów wolności i swobód obywatelskich, koncepcji integracji europejskiej i globalizacji, kwestii polityki historycznej czy ostatnio kary śmierci oraz pojmowania relacji człowiek – środowisko i odpowiedzialności ekologicznej wobec przyszłych pokoleń. To są autentyczne, główne osie sporu publicznego, których ostateczne określenie pozwoli jednoznaczne wyznaczyć przeciwległe bieguny dyskursu publicznego i zamknąć okres kilkunastoletniej ideowej degrengolady panującej w Polsce. Dla samej socjaldemokracji może oznaczać to przezwyciężenie kryzysu tożsamości i wyraźnie określenie swojej politycznej roli.

Obserwowane od końca XX wieku nieskrępowane (i jak dowodzi Susan George wcześniej starannie i metodycznie przygotowane) rozprzestrzenianie się doktryny neoliberalnej dotychczas nie spotkało się ze strony socjaldemokracji ze skuteczną przeciwreakcją. W bardzo krótkim czasie, w sposób gwałtowny i niekontrolowany przez struktury społeczne, rozprzestrzenił się na świecie model globalizacji, który Zygmunt Bauman trafnie określa mianem „negatywnego”. Jak dotąd wobec takiego (nie)ładu globalnego, lewica nie wypracowała żadnej realnej, systemowej alternatywy – tzw. „trzecia droga” jest w gruncie rzeczy ideową kapitulacją wobec dyktatu ponadnarodowych koncernów i kapitału spekulacyjnego. Bauman zauważa również, iż neoliberałowie z lewicy niczym nie różnią się od neoliberałów z prawicy. Ich cel działania politycznego jest ten sam – dążenie do ekonomicznej efektywności. Ten brak podstawowych różnic, jak słusznie zauważa Chantal Mouffe, w konsekwencji otwiera populistom drogę do przestrzeni publicznej oraz sprawia, że społeczeństwo rezygnuje z udziału procesie demokratycznym i woli ustawiać się w roli biernego (i bezradnego) obserwatora. Mechanizm ten ujawnia się szczególnie w krajach „młodej demokracji”, a jego wskaźnikiem jest malejąca frekwencja wyborcza. Polska nie stanowi tu wyjątku.

Bezkrytyczne funkcjonowanie koncepcji neoliberalnej w społeczeństwie zdążyło nabrać cech tzw. „mądrości obiegowej”, której specyfikę zdefiniował już ponad 50 lat temu  J.K.Galbraith. Jej głoszenie jest „w pewniej mierze obrzędem religijnym, jest aktem afirmacji” – pisał. Głównym wrogiem tej mądrości nie są inne idee, lecz fakty - wydarzenia i ich skutki. Warto więc dokonać krótkiej syntezy alternatywnego spojrzenia na współczesny model globalnej gospodarki. Przede wszystkim jest on głównie nastawiony na maksymalizację zysku. Człowiek i jego rozwój mierzone są wskaźnikami produkcji i konsumpcji, a nie zmianami jakości życia. W przeważającej części wysiłek społeczno-polityczny służy więc przyspieszaniu tempa wzrostu ekonomicznego i zwiększaniu konsumpcji dóbr materialnych. Nieuchronną konsekwencją funkcjonowania tak niezrównoważonego systemu jest nadmierne zużywanie zasobów naturalnych i degradacja środowiska. W konsekwencji następuje ograniczenie potencjału ekologicznego i obniżenie wysokość usług ekosystemowych, jakie przyroda świadczy wobec człowieka. Rywalizacja o środki dla własnego przetrwania i rozwoju będą w najbliższej przyszłości wywołać coraz częściej chaos i konflikty. Brytyjski socjolog Anthony Giddens stwierdził niedawno, iż XXI wiek będzie kluczowy dla przetrwania ludzkości jako gatunku, a szok energetyczny i klimatyczny sprawią, że kwestie ochrony środowiska zmobilizują społeczną energię i staną się w niedalekiej przyszłości głównym podmiotem działań politycznych.

Problemem staje się zatem zdefiniowanie głównych graczy politycznych współczesnego świata. Antonio Negri i Michael Hardt, Ulrich Beck czy Joseph Stiglitz uświadamiają bezradność rządów narodowych odpowiedzialnych za losy własnych państw. Realna władza według tych autorów leży w rękach transgranicznych koncernów i instytucji finansowych. To w ich interesie jest twierdzić: „rynek jest dobry”, „ingerencja państwa jest zła”, „deregulacja zamiast państwowego nadzoru”, „prywatyzacja za wszelką cenę” oraz „przede wszystkim oszczędzanie”. Rozpoczyna się więc pogoń za największą wydajnością i najniższymi płacami. W konsekwencji systematycznie spadają dochody pracujących oraz wzrasta bezrobocie. Spadek dochodu osób pracujących oznacza z kolei kryzys koncepcji państwa socjalnego i powstanie społeczności „wykluczonych” -  korzystającej z zasiłków socjalnych i karmionej prymitywną namiastką kultury. Negatywne zmiany w poziomie życia poszczególnych obywateli nie pozostają bez znaczenia dla kondycji całego społeczeństwa i są głównym przyczynkiem do zachwiania demokratycznej stabilności państwa. Słabe, zagubione i zatomizowane społeczeństwo, bezbronne wobec brutalnych praw rynku jest idealnym celem dla neokonserwatystów prowadzących własne „moralne krucjaty” i uprawiających politykę „siania zagrożenia”. Neokonserwatywną rewolucję wspierają mniejsze grupki populistów, nacjonalistów i ksenofobów sukcesywnie zawłaszczających przestrzeń publiczną. Nie wolno zlekceważyć tego przeciwnika – nierzadko są to ludzie młodzi, bardzo dobrze wykształceni, skuteczni profesjonaliści i ideowcy, którzy potrafią określić jasno swoje strategiczne cele i dążyć do nich z machiavelliczną bezwzględnością. Wobec tak zarysowanych zagrożeń socjaldemokracja od dłuższego czasu poszukuje skutecznej alternatywy. Jak dotąd bezskutecznie.

Lewica, jak sama głosi, chce podejmować polityczną walkę o obronę jakości życia oraz bezpieczeństwo ekologiczne i socjalne, o prawa człowieka, wolność, równość i tolerancję dla wszystkich. Cele które stawia przed sobą europejska socjaldemokracja można z powodzeniem zdefiniować jako dyrektywy zrównoważonego rozwoju, koncepcji stale rozwijanej od 30 lat, która jak dotąd jest jedyną kompletną alternatywną wobec neoliberalnego modelu globalnej gospodarki. Założenia nowego paradygmatu rozwojowego iż już dawno zostały zaakceptowane przez ekologiczne ruchy zielonych i alterglobalistów. Ci jednak wciąż pozostają na obrzeżach sceny politycznej, a ich argumentacja nie znajduje uznania przedstawicieli  tzw. „głównego nurtu lewicy”. Zrównoważony rozwój to koncepcja holistyczna ujmująca całokształt relacji społeczeństwo-gospodarka-środowisko. Nowy paradygmat integruje trzy wymiary cywilizacyjne i nadaje im charakter zrównoważonego, trwałego, samopodtrzymującego się postępu. W sferze działania politycznego oznacza on globalne społeczeństwo i globalną odpowiedzialność za losy obecnych i przyszłych pokoleń. Postulaty ZR odnoszą się m.in. do odmaterializowania produkcji, świadomej i samoograniczającej się konsumpcji, budowania innowacyjnej gospodarki opartej na wiedzy, w której kooperacja jest cenniejsza niż zasada ostrej konkurencji, tworzenia instytucji i procedur demokracji uczestniczącej, ograniczenia wykorzystania zasobów naturalnych i zaprzestania niszczenia środowiska przyrodniczego. Kluczowym zagadnieniem dla powodzenia tego projektu staje się zmiana pojęcia dobrobytu. Dobrobyt nie może być mierzony tylko wskaźnikami produkcji i konsumpcji. Jakość życia człowieka nie jest prostą funkcją ilości pieniędzy pozostawianych w kasie hipermarketu.

Postulowane w ramach koncepcji zrównoważonego rozwoju: walka z ubóstwem, pełne zatrudnienie, powszechna edukacja, integracja społeczna, sprawiedliwość wewnątrz i międzypokoleniowa oraz bezpieczeństwo ekologiczne mogą być uznane za nierealną  utopię – ale przecież to utopia bardzo atrakcyjna i nie wolno łatwo z niej rezygnować. „Jawna i świadoma rezygnacja z utopii to  świadectwo choroby ducha, skazywanie się na bezsilność i powolne spychanie w polityczny niebyt” – pisze. „W demokracji polityka nie może być całkiem racjonalna” - mówi Chantal Mouffe – oparta na antagonizmach, musi wzbudzać „społeczne namiętności”. Społeczeństwu nie można proponować w kółko tego samego programu ograniczającego się do hasła „oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać”. „Zmiana rzeczywistości wymaga zmiany spojrzenia” – mógłby podsumować Ulrich Beck.

Program polityczny wymaga skutecznej i możliwie pełnej realizacji. Globalne problemy i zagrożenia wymagają znalezienia nowych narzędzi i mechanizmów oddziaływania politycznego. Beck udowadnia, że wobec praktyki delokalizacji produkcji i stosowania przez niektóre państwa dumpingu socjalnego i ekologicznego oddziaływanie poprzez pracowników (czyli związki zawodowe i zorganizowany strajk) jest najsłabsze. Koncern zawsze jest gotów przenieść produkcję do krajów „bardziej otwartych i elastycznych”. Efektem strajku nierzadko jest „kompromis” polegający na przyjęciu warunków dłuższej pracy i za niższe wynagrodzenie! W konsekwencji w warunkach globalnej konkurencji stosunki pracy i płacy pogarszają się. Powstrzymanie tej tendencji wymaga upowszechniania i globalizacji praw pracowniczych i socjalnych oraz regulacji ekologicznych. Do tego konieczne jest prowadzenie polityki ponadnarodowej, wykraczającej poza kompetencje rządów i poszczególnych państw.

Zygmunt Bauman już dawno obwieścił koniec społeczeństwa wytwórców i narodziny społeczeństwa konsumentów. Jeśli więc konsument jest dziś głównym jednostką społeczną to powinien też posiadać najsilniejszy polityczny potencjał możliwy do wykorzystania przez lewicę. Konsument nie podlega władzy kapitału w takim stopniu jak robotnik. Beck twierdzi, że jest wręcz przeciwnie: to kapitał jest zależy od konsumenta - celem produkcji jest przecież konsumpcja. Wiele społeczeństw bogatych krajów przekroczyło już rozsądne granice konsumpcji. Pojawiło się zjawisko konsumpcji nadmiernej, niepotrzebnej, wręcz szkodliwej. Konsumpcja napędzana fałszywymi wyznacznikami prestiżu społecznego, jest istotą bytu międzynarodowych korporacji. Żaden koncern nie może się obejść bez swoich klientów. W rękach konsumentów tkwi zatem potężna polityczna broń – jest nią odmowa zakupu. Powstrzymanie się od kupna jest najbardziej dotkliwą presją jaką można wywrzeć na firmie łamiącej prawa pracownicze czy zatruwającej środowisko. Konsument nie ulegnie szantażowi i groźbie przeniesienia produkcji czy likwidacji miejsc pracy. Globalny marketing stworzył społeczność globalnych konsumentów, ich protest może stanowić realną i co najważniejsze transnarodową siłę polityczną, po którą lewica powinna nie bać się sięgać. Zrozumienie i wykorzystanie zbiorowej świadomości konsumenckiej w kolejnej fazie powinny przyczynić się do budowania społeczeństwa o ponadnarodowym charakterze, którego spoiwem będzie powszechne uznanie dla praw człowieka. Dla europejskiej lewicy, projektem o fundamentalnym znaczeniu jest doprowadzenie do politycznie zintegrowanej Europy. Jest to warunek niezbędny dla długotrwałego i zrównoważonego rozwoju społeczno-gospodarczego. Federacja europejska to gwarancja wzajemnej pokojowej współpracy i koegzystencji państw narodowych oraz szansa na przezwyciężenie fundamentalizmów religijnych, etnicznych, nacjonalistycznych, które rozkwitają tam gdzie jest powszechna jest bieda, zacofanie i poczucie krzywdy./Przegląd/

Artur HEBDA - Polski interes narodowy. Sojusz militarny z Amerykom czy europejska polityka bezpieczeństwa?

top^

„Baza w Polsce ma mieć jeszcze inną zaletę. Nasi wojskowi wraz z Amerykanami mają przygotować opis sytuacji, w którym USA przyjdą nam z pomocą. Na przykład, jeśli któreś z państw na Wschodzie zaatakują Polskę, natychmiast przerzucony zostanie na nasze terytorium odział marines”. Jest to cytat z artykułu w Rzeczpospolitej z 04.09.2006 r.

Pominę infantylność całego artykułu, jaki został tam zamieszczony, zwrócę jednak uwagę na to, że pewne środowiska w Polsce przystępują do ofensywy propagandowej w kwestii amerykańskiej bazy antyrakietowej na terenie Polski.

Na łamach „Przeglądu”, już, wielokrotni poruszano ostatnio i to w sposób merytoryczny dotyczący spraw natury technicznych jak i geopolitycznych, kwestie istnienia takiej bazy w Polsce. Wnioski są jednoznaczne i negatywne. Z czystym sumieniem mogę się pod nimi podpisać.

Polska polityka zagraniczna i wojskowa nie ma szczęścia tak w IV, jak i w III czy II RP. Oczywiście całą winą zawsze można obarczać sojuszników, komunistów i cały okropny otaczający nas świat, zapominając o podstawowej dewizie polityki zagranicznej, że państwa nie mają wiecznych przyjaciół, państwa mają wieczne interesy. Przypomniał nam o tym prof. Brzeziński w ostatnim sierpniowym wywiadzie w „Polityce”.

Trudno posądzać prof. Brzezińskiego o brak sympatii dla Polski, znajomości meandrów polityki waszyngtońskiej czy realiów światowej dyplomacji. Jego ocena jest krótka i prosta; Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika Stanów Zjednoczonych a Nasz interes polityczny to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją.

Ta cierpka, jednak bardzo realna diagnoza nie dociera do świadomości polskich polityków tak dzisiejszego obozu rządzącego jak i elit polskiej Lewicy czy byłej Unii Wolności w latach minionych.

Polityka wojskowa jak i polityka zagraniczna to nie sprint, lecz maraton, to umiejętność podejmowania działań w dalekiej perspektywie a nie w perspektywie roku czy 4 lat, czasami nawet dekada bywa tylko średniookresową perspektywą i to nie pewną.

Od 1989 r. Polska miała i ma po dzień dzisiejszy problem z ułożeniem swoich stosunków politycznych, wojskowych czy gospodarczych z Rosją. Od 1989 r. w polityce zagranicznej w kierunku zachodnim ślepo i troszkę naiwnie, kiedy zaczynamy patrzeć na to z pewnej perspektywy, podążała w kierunku Unii Europejskiej (troszkę bez własnej wizji tego organizmu politycznego, tak oby nas tylko przyjęli) jak i w kierunku NATO.

Wstąpienie i przynależność do Unii Europejskiej jest bezapelacyjnym sukcesem państwa Polskiego i jego obywateli. Teraz jednak pozostaje pytanie czy będziemy umieli budować wraz z innymi podmiotami tego organizmu jego wizje a potem przyszłą rzeczywistość Unii Europejskiej w tym jej politykę zagraniczna i militarną. Nie możemy się przecież ograniczać tylko do radości z pobierana pieniędzy unijnych, z których wykorzystaniem różnie to bywa i to często z naszej winy.

Przystąpienie do NATO, okrzyknięte naszym wielkim sukcesem, kiedy zaczniemy przyglądać się temu z oddalającej się perspektywy tak od roku 1989 jak i od daty przystąpienia, w mojej ocenie okazuje się formą leczenia swoich własnych kompleksów i drogą do nikąd. NATO powołane do życia w 1949 r. w innej sytuacji geopolitycznej na świecie. Obecnie straciło racje bytu po 1989 r. i tylko z powodu braku pomysłu elit europejsko-atlantyckich na to, co zrobić z tym organem utrzymano jego żywot. Po części także i po to, aby administracja waszyngtońska miała kontrole militarnych poczynań swoich europejskich sojuszników a na których samodzielności i wzroście siły strategom z Pentagonu w długiej perspektywie nie zależy. Oni pamiętają, że w polityce, dzisiejszy wróg jest potencjalnym przyszłym sojusznikiem a dzisiejszy sojusznik może zostać potencjalnym wrogiem. Historia świata dostarcza nam aż nadto przykładów jak karabiny i bagnety stanowiły siłę przewodnią w rozwoju „wolnego handlu”. Przemoc ciągle jest ostatecznym i często decydującym argumentem w polityce międzynarodowej – ultima ratio regum.

            Sama idea przynależności do strategicznych bloków militarnych jest oczywiście słuszna i potrzeba takie przynależności dla Polski istnieje. Pytanie dziś stoi przed nami czy w dalekiej perspektywie gwarancje bezpieczeństwa oparte będą o NATO czy zupełnie inny twór np. wspólną europejską politykę bezpieczeństwa tworzoną i sprawowaną przez Unie Europejską. Odpowiedź na to wymaga także analizy przyszłych zagrożeń militarno-politycznych, jakie mogą wystąpić w zglobalizowanym świecie, jak nastąpi przesuniecie interesów politycznych Ameryki i Europy, czy będą one zbieżne podczas wielkiej globalnej konkurencji gospodarczej. Naiwnością jest wiara, że wspólna wymiana gospodarcza i rozwój handlu eliminuje konflikty polityczne czy militarne. Przed I Wojną Światową gospodarki Francji i Niemiec świetnie ze sobą współpracowały, handlowały i nawzajem inwestowały. Historia pokazuje nam, że to jednak potrzeba hegemoni gospodarczej prowadzi częściej do konfliktów niż dobra współpraca gospodarcza im zapobiega. Kapitalizm jako system światowy nie znosi równowagi i rozwija się poprzez agresywną ekspansje i koncentracje władzy i kapitału.

            Bezsprzecznie dziś Stany Zjednoczone są dominującą potęgą militarną świata, jednak ta hegemonie wcale nie jest uznawana przez inne państwa i będzie w miarę wzrostu ich sił podważana.

            Nie chce się odwoływać do przykładów z historii Polskiej, kiedy nasza polityka zagraniczna i dyplomacja okazywały się naiwne wobec rzeczywistości polityki światowej. Wystarczy nam przypomnieć ostatnie dwa wielkie błędy związane ze współpracą militarną i polityczną Polski i Stanów Zjednoczonych, które popełniliśmy. Mam tu na myśli decyzje o zakupie samolotów wielozadaniowych F-16, jak i decyzje o udziale wojsk polskich w wojnie i obecnie okupacji Iraku. Ze smutkiem musze przyznać, że błędy te są w dużej mierze popełnione przez polityków związanych z Lewicą. Teraz czeka nas trzecia decyzja dotycząca budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej.

            Znów te same dziecinne, naiwne wprost infantylne argumentu w ustach polityków i usłużnych dziennikarzy o tym, jakie to wielkie gwarancje bezpieczeństwa, zyski finansowe i technologiczne nas czekają. Doświadczenie zakupu F-16 i udziału w imperialnej i pozbawionej głębszej daleko falowej analizy interwencji irackiej, nie przyniosły nam ani zysków finansowych dla gospodarki i firm polskich, ani dostępu do nowoczesnych technologii, ani wzrostu poziomu bezpieczeństwa Polski i naszych obywateli, ani wzrostu naszego autorytetu na arenie międzynarodowej.

            Jak do tej pory w ciągu ostatnich praktycznie 100 lat Polska była i jest żadnym partnerem strategicznym Stanów Zjednoczonych. Za to wielokrotnie byliśmy traktowani instrumentalnie, oszukiwani i wykorzystywani. Sojuszników mają silni a nie słabi. Jeśli pragniemy zysków finansowych to musimy je wypracować poprzez rozwój i ekspansje naszej gospodarki i europejską kooperacje. Technologie powstają dzięki nakładom na naukę i długofalowej rozsądnej polityce wspierania badań naukowych. Każdy hegemon dostarcza swoim sojusznikom technologii opóźnionej, co najmniej o dekadę. Amerykańskie zachowanie z offsetem jest skandaliczne. W czasie zimnej wojny w latach 80-tych zbrodnicza wojskowa dyktatura w Salwadorze otrzymywała wsparcie finansowe od kongresu USA w wysokości stu kilkudziesięciu milionów dolarów rocznie. (Salwador, jeśli chodzi o potencjał ludzki jest od Polski ośmiokrotnie mniejszy)

            Cytowane wyżej oceny prof. Brzezińskiego jednak przechodzą bez większego echa i nie docierają do świadomości polskich elit politycznych. Brak nam wizji polityki militarnej i zagranicznej, która by mogła się wyzwolić z kompleksów świata zimnowojennego i spojrzeć w daleką nawet 50 letnią perspektywę strategiczną.

            Polska potrzebuje jak najlepszych stosunków politycznych i gospodarczych z Niemcami i Rosja. Osiągnąć to może poprzez samodzielną politykę pozbawianą wiernopoddańczych kompleksów wobec Ameryki i uczestnicząc aktywnie w budowie wizji i przyszłości polityczno-gospodarczej Unii Europejskiej, zajmując jasne stanowisko w kwestii budowy wspornej europejskiej polityki bezpieczeństwa w ramach jednoczącej się Europy wolnej od amerykańskich wpływów. To daje nam szanse na budowanie silnej pozycji w Unii Europejskiej i wobec Rosji.

            Jednocząca się silna gospodarczo i militarnie Unia Europejska stanie się jednym z najważniejszych podmiotów globalnej polityki tak jak USA, Rosja, Chiny, Indie czy ASEAN, gwarantując Polsce bezpieczeństwo, demokracje i dobrobyt.

            Spojrzenie na wiele problemów politycznych, wojskowych, gospodarczych, społecznych czy ekologicznych jest inne po obu stronach Atlantyku. Małe pęknięcia i rysy będą się powiększać, ponieważ i idee, jak i koncepcje społeczne po obu stronach Atlantyku są różne. „Europejski Sen” J. Rifkina można krytykować, wyśmiewać czy czytać z przymrużeniem oka, nie zmienia to jednak faktu ze różnice interesów, kulturalne i społeczno-gospodarcze istnieją.

            Stany Zjednoczone pod przywództwem G.W. Bush’a i ideologicznym wpływem noekonserwatystów, prowadzące politykę samodzielnie bez zwracania większej uwagi na prawo międzynarodowe i ONZ, rozpalają kolejne konflikty lokalne, nad którymi nie mają kontroli. Ograniczają prawa swoich własnych obywateli pod płaszczykiem wojny z terroryzmem. Biorąc pod uwagę destabilizacyjną role na sceny politycznej świata, rozumiejąc pojecie społeczeństwa ryzyka, jakie opisał Ulrich Beck w książce pod takim samym tytułem, Stany Zjednoczone należy postrzegać jako zagrożenie dla pokoju na świecie a co za tym idzie zagrożenie także dla polskich interesów państwowych.

            Polski interes państwowy czy jak kto woli narodowy wymaga aktywnych działań naszych władz w kwestii wspierania integracji europejskiej, budowy wspólnej polityki zagranicznej Unii jak i polityki bezpieczeństwa. Rozwoju przemysłu wojskowego państw europejskich, budowanie sytemu Galileo to właściwe kroki w uzyskiwaniu przez europejczyków niezależności logistycznej w operacjach militarnych, która dziś jest ograniczona przez potencjał amerykański. NATO, czy też członkowie Unii Europejskiej bez wsparcia logistycznego armii Stanów Zjednoczonych nie są wstanie przeprowadzać samodzielnie większych operacji militarnych, przerzucać wojska z jednego krańca Europy na drugi w krótkim okresie działania, nie wspominając o operacjach poza kontynentem Europejskim.

            Amerykańska baza antyrakietowa, wyjęta w dodatku spod całkowitej jurysdykcji państw Polskiego, z możliwością jej wykorzystywania w działaniach, na które Polska nie będzie miała wpływu, stoi jasno w sprzeczności z polskim interesem państwowym. Powinniśmy uczynić wszystko, aby temu zapobiec. Poparcie dla tego projektu polityczno -militarnego świadczyć tylko może, że wciąż nasze elity polityczne tak w sprawach polityki zagranicznej jak i ideologii i wizji społeczno-gospodarczej kraju nie zauważyły, że nastąpił koniec świata, jaki znamy. /Przegląd/

Michał Syska: Szerszy centrolew

top^

Rozumiem i podzielam irytację Andrzeja Celińskiego ("Może czas się obudzić?", Przegląd nr 31), który nie może pogodzić się z bezradnością lewicy wobec ofensywy rządzącej prawicy. Sadzę jednak, że jego analiza bieżącej sytuacji politycznej w naszym kraju jest nieco powierzchowna, ponieważ nie uwzględnia przyczyn sukcesów wyborczych braci Kaczyńskich. Uważam też, że stworzenie atrakcyjnego programu przez partie lewicy to za mało, aby odzyskać zaufanie wyborców i zapobiec kształtowaniu się polskiej sceny politycznej na wzór irlandzki, czyli utrwaleniu się dominacji dwóch bloków prawicowych (PiS kontra PO).

Formacja braci Kaczyńskich skutecznie potrafiła zagospodarować gniew i frustrację różnych grup społecznych, które nie znalazły się wśród beneficjentów transformacji ustrojowej. Ludzi pozbawionych poczucia bezpieczeństwa socjalnego łatwo dało się pozyskać zapewnieniami "zrobienia porządku", "odnowy moralnej", "ukarania winnych", "rozliczenia aferzystów", "rozwalenia układu".

Politycy PiS co prawda ochoczo szermowali w trakcie kampanii wyborczej socjalnymi hasłami, lecz do tej pory nie przedstawili żadnego sensownego programu na rzecz wyrównywania szans życiowych Polaków. Zamiast tego wskazuje się kolejnych wrogów ("układ", "łże-elity", mniejszości seksualne, ośrodki zagraniczne propagujące "antypolonizm"), których celem jest rzekomo osłabienie państwa, destrukcja tradycyjnego modelu rodziny i szarganie dobrego imienia narodu polskiego. Ta typowa dla amerykańskich neokonserwatystów strategia polega na kierowaniu społecznego gniewu przeciwko sztucznie wykreowanym wrogom, a nie przeciwko niesprawiedliwym mechanizmom gospodarczym.

Z artykułu Andrzeja Celińskiego wynika, że większość polskiego społeczeństwa jest przeciwna polityce koalicji Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera. Sądzę, że to iluzja. Takie nastroje na pewno są obecne wśród wielkomiejskiej inteligencji oraz liberalnej młodzieży, a to przecież nie cała Polska. PiS wraz z koalicjantami zdaje sobie z tego sprawę i kieruje swój polityczny przekaz do tych, którzy przez elity III RP byli lekceważeni. Dla ludzi wykluczonych, spauperyzowanych mieszkańców małych miast i wsi naprawdę mało istotne jest to, czy Kaczyńscy prowadzą sensowną politykę zagraniczną oraz to, czy ataki na Trybunał Konstytucyjny są groźne dla trwałości demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość bez żadnych zahamowań podporządkowuje sobie kolejne instytucje publiczne, instalując tam swoich funkcjonariuszy. Myliłby się jednak ten, kto porównywałby ten proces do zawłaszczania państwa przez polityków SLD w minionych czterech latach. Postkomunistycznej lewicy chodziło raczej o zwykły "skok na kasę". Dla PiS jest to element głębszego projektu politycznego, który zmierza do nadania ideologii narodowo-konserwatywnej pozycji hegemonicznej w polskim dyskursie publicznym. Politycy prawicy - w przeciwieństwie do swych adwersarzy - odrobili bowiem lekcję z Gramsciego i doskonale wiedzą, że - jak pisze Susan George - "definiowanie, utrzymywanie i kontrolowanie kultury jest kluczowe: gdy dostaniesz się do głów ludzi, zdobędziesz też ich serca, ręce oraz przeznaczenie". Dzięki opanowaniu sfer związanych z szeroko pojętą edukacją i kulturą (w tym przejęciu mediów publicznych przez jednoznacznie kojarzonych z prawicą dziennikarzy i publicystów) łatwiej będzie przeprowadzić w Polsce konserwatywną rewolucję, która polega na pozbawieniu demokracji wszelkich cech liberalnych, czyli gwarancji praw mniejszości i neutralności światopoglądowej państwa.

Polityczna wspólnotę obywateli ma zastąpić wspólnota narodowa, której tożsamość jest homogeniczna (wspólnotę łączy więź etniczno – religijna), ekskluzywna (przestrzeń publiczna jest zarezerwowana dla narodowej i religijnej większości, mniejszość zaś może manifestować swą tożsamość jedynie w sferze prywatnej) i konfrontacyjna (polityka historyczna stanowi narzędzie do budowania własnej tożsamości narodowej w opozycji do innych narodów).

Jeśli lewica chce tę konserwatywna rewolucję powstrzymać i przedstawić wyborcom alternatywną wizję państwa, nie może lekceważyć rządzącej formacji. Prawo i Sprawiedliwość to chyba pierwsza od piętnastu lat formacja, która przedstawia spójną koncepcję przebudowy instytucji publicznych i społeczeństwa, która opiera się aksjologicznej i ideowej podstawie. W dodatku jest to partia profesjonalna, która łączy konserwatyzm w sferze wartości z nowoczesnością i skutecznością w marketingu politycznym. Wiara w to, że wspólna lista wyborcza partii lewicowych oraz kolejne potknięcia i wpadki rządzących spowodują zmianę preferencji politycznych Polaków, jest naiwnością. Sukces wyborczy PiS i Lecha Kaczyńskiego być może nie jest jeszcze początkiem IV RP, ale stał się na pewno końcem tego rodzaju polityki i kształtu debaty publicznej, na której opierała się III RP. Ta nowa rzeczywistość wymaga od lewicy nieco głębszej refleksji niż tylko rytualne powtarzanie frazesów o "powrocie do lewicowych korzeni" i "zarzucaniu ideowych kotwic".

Steven Lukes, brytyjski politolog współpracujący z opozycją demokratyczną w PRL, pisał przed dwudziestu laty, że "jednym z trwałych osiągnięć »realnego socjalizmu« w bloku sowieckim może okazać się wyniszczenie całej tamtejszej tradycji socjalistycznej jako wartego poważnego rozważenia systemu teoretycznego, nie mówiąc już o popieraniu go w praktyce". Słowa te okazały się prorocze, jeśli chodzi o sytuację w naszym kraju. Z różnych badań opinii przeprowadzonych w ostatniej dekadzie wynika, że około dziesięciu procent Polaków definiuje swoje poglądy jako lewicowe. Problem w tym, że swoją lewicowość postrzegają oni przede wszystkim jako pozytywny stosunek do PRL, a nie jako lewicowe spojrzenie na kwestie społeczno-ekonomiczne. To dlatego w tzw. żelaznym elektoracie SLD są zarówno ubodzy emeryci, jak i zamożni biznesmeni wywodzący się z młodzieżowych przybudówek PZPR. Tymczasem, gdy zapytać Polaków o takie sprawy, jak rola państwa w gospodarce, dostęp do bezpłatnej edukacji i służby zdrowia, udział Kościoła w życiu politycznym czy dopuszczalność przerywania ciąży, okazuje się, że w naszym kraju istnieje spory, wciąż nie zaktywizowany, elektorat lewicowy. Utrwalony w debacie publicznej ostatniego piętnastolecia fałszywy sens pojęcia "lewica" i jego utożsamianie z systemem politycznym PRL, a także fiasko rządów SLD spowodowały, że ów potencjalny elektorat deklaruje, że nie ma jasno sprecyzowanych poglądów, a w najlepszym razie określa się mianem "centrum".

Lewica może go zmobilizować jedynie poprzez zanegowanie tzw. podziału postkomunistycznego i upolitycznienie debaty publicznej. Układ polskiej sceny partyjnej był bowiem przez ostatnie piętnaście lat kształtowany zgodnie z logiką historyczną, a nie polityczną. Formacja postsolidarnościowa odgrywała rolę prawicy, zaś postkomunistom przypadło miano lewicy, jednak oba obozy wspierały tak naprawdę ten sam kierunek transformacji ustrojowej i gospodarczej.

Ubiegłoroczne zwycięstwo wyborcze partii kontestującej kształt polskich przemian po roku 1989 podważyło ten konsensualny co do głównych kwestii gospodarczych i politycznych charakter dyskursu publicznego. Stwarza to szansę na reaktywację polityki demokratycznej rozumianej jako rywalizację alternatywnych idei i programów.

Jakiekolwiek środowiska, odwołujące się na serio do lewicowej tradycji i mające ambicje trwałego zakorzenienia w polskim społeczeństwie autentycznej formacji socjaldemokratycznej, muszą sobie wziąć do serca słowa Chantal Mouffe, profesorki teorii politycznej University of Westminster i współautorki (z Ernestem Laclau) głośnej pracy "Hegemony and Socialist Strategy", która w swej – wydanej niedawno w Polsce - książce pt. "Paradoks demokracji" pisze, że "pogodzeniu się lewicy ze znacząca rolą pluralizmu i instytucji liberalno – demokratycznych towarzyszyło błędne przekonanie, że oznacza to rezygnację z jakiejkolwiek próby zaproponowania alternatywy dla obecnego hegemonicznego konsensu. Stąd wzięła się sakralizacja konsensu, zatarcie rozróżnienia lewica/prawica i pragnienie większości partii lewicowych, by ulokować się w centrum. Oznacza to jednak niezrozumienie istoty rzeczy, nie tylko gdy chodzi o konflikt jako najbardziej podstawową realność życia społecznego, lecz również jego integrującą rolę w nowoczesnej demokracji. Sprawnie funkcjonująca demokracja wymaga konfrontacji demokratycznych stanowisk politycznych, a w tym celu konieczna jest autentyczna debata na temat dostępnych alternatyw. Konieczny jest konsens dotyczący podstawowych instytucji demokracji. Zawsze jednak będzie istniał spór dotyczący wdrażania sprawiedliwości społecznej w obrębie tych instytucji."

Jednakże samo wysuwanie słusznych, lewicowych postulatów to za mało, aby skutecznie przeprowadzić mobilizację społeczną na rzecz emancypacyjnych i egalitarnych programów politycznych. Potrzebni są jeszcze wiarygodni dla opinii publicznej ludzie, a z tym, jak na razie, jest problem.

Jacek Raciborski i Przemysław Sadura, autorzy naukowego opracowania "Elity rządowe III RP 1997 – 2004. Portret socjologiczny", formułują na łamach "Przeglądu" (nr 28) następująca opinię, będącą wynikiem ich badań: "Jeśli chodzi o tę część elity, którą określimy mianem postkomunistycznej, w dużej mierze byli to działacze koncesjonowanych organizacji młodzieżowych i studenckich. Cechował ich dystans do ideologii. Pobrzmiewa to w ich wspomnieniach – wstąpili do partii, aby zrobić karierę, albo po prostu działać. Ich dystans do ideologii spowodował, że w nowych realiach nie mieli pozytywnych punktów odniesienia. (...) Jest pustka, którą widać wyraźnie, gdy przedstawiciele obu formacji [postolidarnościowej i postkomunistycznej – przyp. MS] definiują politykę. Ekipa postkomunistyczna uważa, że jest to mechanizm generowania celów, które chce się osiągnąć, i dobierania środków do ich realizacji. W ostatecznej instancji wszystko sprowadza się do walki o władzę." Autorzy wspomnianej pracy wspominają też, że z przeprowadzonych wśród polityków ekipy Millera ankiet wyłania się obraz ludzi, dla których lewicowość jest jedynie frazesem i etykietką nie popartą żadnym systemem wartości czy całościową wizją polityczną.

Aby podjąć dziś skuteczną konfrontację z prawicą, na lewicy muszą pojawić się nowe grupy i środowiska, które politykę rozumieją jako rywalizację odmiennych idei, programów i wizji państwa. Partie lewicowe muszą otworzyć się na ludzi, którzy poprzez swoją ideowość i zaangażowanie w rozmaite projekty społeczne mogliby zredefiniować pojęcie lewicowości w Polsce zgodnie z jego prawdziwym znaczeniem.

Organizatorzy uczniowsko - studenckich protestów przeciwko Romanowi Giertychowi, działacze licznych organizacji antydyskryminacyjnych, czy też osoby organizujące pracowników w sektorze prywatnym mogą jednak pozostawać nieufni wobec zapraszających gestów partii, jeśli widzą, że w roli rekonstruktorów lewicy chcą występować dziś takie osoby, jak przewodniczący elitarno – biznesowej "Ordynackiej" Włodzimierz Czarzasty, sprawni w personalnych rozgrywkach i elastyczni w poglądach "baronowie" rozmaitych szczebli, czy piewca neoliberalizmu, a od niedawna szef rady programowej "Trybuny" Leszek Miller.

Publikowane ostatnio sondaże wskazują, że porozumienie SLD-SdPl-PD, może stać się trzecim – obok PiS i PO – aktorem na polskiej scenie politycznej. Deklarowane przez respondentów poparcie na poziomie kilkunastu procent stanowi na początek niezły wynik dla formacji, która tak naprawdę jeszcze nie zaczęła na dobre funkcjonować. Jednak wyzwaniem dla jej liderów jest przyciągnięcie do Centrolewu kolejnych, niepostkomunistycznych i ideowych środowisk oraz poszerzenie jego zwolenników o nowy elektorat. Miarą przywództwa Wojciecha Olejniczaka i Marka Borowskiego będzie to, czy tworzony przez nich blok polityczny stanie się zaczynem autentycznej lewicy, czy też okaże się jedynie taktyczną zagrywką partyjnych wyjadaczy, której celem będzie zapewnienie rozmaitym koteriom gwarantującego przeżycie miejsca na zdominowanej przez prawicę scenie politycznej. Dla kondycji polskiej demokracji i jakości życia publicznego byłoby lepiej, gdyby udało im się zrealizować ten pierwszy scenariusz. W razie fiaska tego przedsięwzięcia powstanie sensownej lewicy odłoży się trochę w czasie. Ale na pewno się tego doczekamy, bo w Polsce naprawdę coś zaczyna się zmieniać. W dorosłe życie wchodzi nowe pokolenie, które nie za bardzo pali się do uczestnictwa w "wyścigu szczurów", a z drugiej strony nie chce żyć w konserwatywno – tradycjonalistycznym skansenie. Poza partiami z politycznego mainstreamu powstają środowiska podejmujące walkę z dyskryminacją oraz łamaniem praw pracowniczych. Być może pierwsze symptomy tej zmiany zobaczymy już po wakacjach.

Michał SYSKA: Europa to nie układ

top^

Nie jest już możliwe porozumienie między prawicą i lewicą co do głównych kierunków polskiej polityki zagranicznej.

Personalne roszady związane ze zmianą premiera zbiegły się z debatą na temat polityki zagranicznej realizowanej przez rządzącą prawicę. "Niedyspozycja żołądkowa" Lecha Kaczyńskiego i związane z nią odwołanie spotkania Trójkąta Weimarskiego oraz awantura wokół satyrycznego artykułu w "tageszeitung" wywołały lawinę polskich i zagranicznych komentarzy. Zgodnie wskazywano, że zbytnia wrażliwość braci Kaczyńskich na krytykę pod ich adresem oraz emocjonalne reakcje na nią mają niewiele wspólnego z profesjonalną dyplomacją. Komentarze - zwłaszcza zagraniczne - które wykraczały poza psychologiczną analizę motywów działań dwóch najważniejszych osób w Polsce, wskazywały na niechęć formacji rządzącej do procesów integrujących Europę politycznie. Trafność tych ocen potwierdza treść sejmowego exposé premiera Kaczyńskiego, w którym problematyka europejska znalazła się na całkowitym marginesie, a o stosunkach polsko-niemieckich nie ma ani słowa.

Jednak dla polityków PiS te krytyczne sądy na pewno nie staną się impulsem do zrewidowania własnej wizji stosunków międzynarodowych, a mogą zostać odebrane jedynie jako przejawy "antypolonizmu" lub "niemieckiego rewizjonizmu" i w konsekwencji umocnić eurosceptyczne postawy w gronie elity rządzącej.

Konrad Szymański, eurodeputowany PiS, zżyma się na łamach "Gazety" ("PiS ma pomysł na Europę", "Gazeta" z 3 sierpnia) na krytyków rządowej polityki europejskiej, zarzucając im "brak umiaru i chęci zrozumienia drugiej strony". Sam jednak bez umiaru używa sobie na adwersarzach, przypisując im "polemiczne podniecenie" i zagrażające polskiej suwerenności "pielęgnowanie kompleksów wobec Zachodu". Dla podniesienia jakości debaty publicznej dobrze byłoby, gdyby obie strony sporu - zamiast przypisywać sobie wzajemnie nieczyste intencje - uznały, że każda z nich reprezentuje odmienną wizję Europy, co ma swoje źródło w wyznawanych wartościach i kulturowo-politycznych tradycjach. Uczestnicy dyskusji powinni jednak jasno formułować swoje koncepcje. Tymczasem poseł Szymański pisze, że "nie należy mylić grzecznego milczenia rządu w sprawie tego traktatu - wszak jedyne, co mógłby zadeklarować, to sprzeciw! - z brakiem całościowej strategii unijnej". Trudno o bardziej pokrętną logikę: rząd jest przeciw eurokonstytucji, ale nie formułuje oficjalnego stanowiska w tej sprawie, zaś publiczność - w obliczu tego milczenia i kolejnych wpadek na dyplomatycznych salonach - musi uwierzyć Szymańskiemu na słowo, że koalicja ma jednak całościową wizję polityki europejskiej.

Naród to nic oczywistego

Dla polityków PiS federalistyczny projekt europejski to coś "sztucznego". Przeciwstawiają go państwu narodowemu, które traktują jako zjawisko nie wytworzone przez ludzi, lecz jako byt naturalny, odrębny i samoistny. Tożsamość narodowa, czyli jego podstawa, jest homogeniczna (wspólnotę łączy więź etniczno-religijna), ekskluzywna (przestrzeń publiczna jest zarezerwowana dla narodowej i religijnej większości, mniejszość zaś może manifestować swą tożsamość jedynie w sferze prywatnej) i konfrontacyjna (polityka historyczna stanowi narzędzie do budowania własnej tożsamości narodowej w opozycji do innych narodów).

Jednakże kilkaset lat temu koncepcja państwa narodowego (i w ogóle pojęcie narodu) była bardziej nieoczywista niż wizja zjednoczonej Europy dzisiaj. Jürgen Habermas słusznie wskazuje, że "sztuczne warunki, w jakich zrodziła się niegdyś świadomość narodowa, przemawiają przeciwko defetystycznemu założeniu, iż solidarność obcych sobie ludzi osiągnąć można li tylko w ramach narodowej wspólnoty. Jeżeli tamta forma zbiorowej tożsamości była wynikiem przeskoku od świadomości lokalnej i dynastycznej do narodowej, a potem demokratycznej, dlaczego ów proces uczenia się nie miałby trwać nadal?".

Wbrew temu, co sądzą eurosceptyczni konserwatyści, wspólnota nie musi odwoływać się do podstaw "naturalnych" czy cech "organicznych" (język, rasa, ziemia, religia). Habermas twierdzi, że "demokratyczny porządek nie musi być wcale zakorzeniony w idei ťnaroduŤ jako prepolitycznej wspólnocie zbiorowego losu. Siła konstytucyjnego państwa demokratycznego tkwi bowiem w jego zdolności do wypełniania luk w integracji społecznej poprzez polityczną aktywność jego obywateli". Jednak wartości, wokół których mogłaby się tworzyć europejska tożsamość obywatelska, są przez polską prawicę odrzucane. Akceptacja wielokulturowości, ochrona praw mniejszości, poszanowanie praw człowieka i wolności obywatelskich oraz sekularyzm nie mieszczą się w kanonie wartości partii, która w ubiegłorocznej kampanii wyborczej opublikowała broszurę "Katolicka Polska w chrześcijańskiej Europie". Jarosław Kaczyński, gdy formułował w Sejmie program swego gabinetu, zdecydowanie stwierdził, że Unia Europejska nie powinna ingerować w sferę polskiej kultury i obyczajów, a każdy atak na Kościół katolicki uznał za niszczenie podstaw życia społecznego.

Przed czym nas broni PiS

Państwo narodowe nie wytrzymuje próby w obliczu współczesnych wyzwań cywilizacyjnych. Globalizacja gospodarki, pozbawione jakiejkolwiek kontroli przepływy finansowe, międzynarodowy terroryzm, kryzysy ekologiczne to tylko niektóre z listy problemów, których nie da się rozwiązać metodami państwa narodowego. Niemiecki socjolog Ulrich Beck słusznie zauważa, że w obecnych czasach maksymę narodowego realizmu politycznego: "interesów narodowych trzeba bronić w sposób narodowy", musi zastąpić maksyma: "nasza polityka jest tym bardziej narodowa i tym skuteczniejsza, im bardziej jest kosmopolityczna".

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat państwa narodowe legitymizowały swoją władzę, chroniąc obywateli przed negatywnymi skutkami gry wolnorynkowej i zapewniając im elementarne poczucie bezpieczeństwa socjalnego. Globalizacji pozbawiła państwa wielu narzędzi niezbędnych do kontrolowania rynków i kształtowania polityki gospodarczej. Zaczęto więc szukać innej formy legitymizacji władzy, co zakończyło się przejściem od państwa opiekuńczego do państwa bezpieczeństwa.

Bezradność rządów wobec bezrobocia, niepewnych warunków zatrudnienia i trwałego wykluczenia coraz szerszych grup społecznych spowodowała, że uwagę obywateli trzeba było skierować na wysiłki organów państwowych, których głównym polem aktywności stała się walka z przestępcami, potencjalnymi terrorystami czy nielegalnymi imigrantami. Współczesne państwo narodowe kreuje rozmaite zagrożenia i przez walkę z nimi uzyskuje społeczną legitymizację swej władzy. Często wiąże się to z przyzwoleniem na ograniczenia w sferze praw i wolności obywatelskich, a w konsekwencji z powolnym demontażem liberalnego modelu demokracji.

Z tego typu neokonserwatywną strategią mamy do czynienia także w Polsce. Politycy PiS ochoczo szermowali w trakcie kampanii wyborczej socjalnymi hasłami, lecz do tej pory nie przedstawili żadnego sensownego programu na rzecz wyrównywania szans życiowych Polaków. Zamiast tego wskazują kolejnych wrogów ("układ", "łże-elity", mniejszości seksualne, ośrodki zagraniczne propagujące "antypolonizm"), których celem jest rzekomo osłabienie państwa, destrukcja tradycyjnego modelu rodziny i szarganie dobrego imienia narodu polskiego. Sejmowe exposé premiera Kaczyńskiego składało się z wyliczenia rozmaitych zagrożeń (ewentualny kryzys energetyczny, możliwość ataku terrorystycznego, pospolita przestępczość, przemoc w szkołach, podważające tradycyjny model rodziny żądania homoseksualistów, układy w administracji i gospodarce, a nawet korupcja w piłce nożnej) i zapewnień, że głównym celem rządu będzie bezpieczeństwo Polaków. Sprawy gospodarcze i socjalne zostały potraktowane marginalnie, tak jakby kwestie bezrobocia i nierówności społecznych były mało istotne. Rząd woli walczyć ze zdefiniowanymi przez siebie - urojonymi lub rzeczywistymi - patologiami, a to wymaga wzmocnienia władzy wykonawczej i podporządkowania jej instytucji będących gwarantami respektowania przez państwo praw i wolności jednostki (np. rzecznik praw obywatelskich, Trybunał Konstytucyjny).

PiS zdobywa w kraju popularność socjalną retoryką i krytyką społecznych kosztów transformacji zaprojektowanej przez liberałów. Na potrzeby kampanii wyborczej wykreowano podział na "Polskę socjalną" i "Polskę liberalną". Jak bardzo jest on fałszywy, pokazują działania PiS na forum europarlamentu. Posłowie tej partii wspierają rozwiązania sprzyjające liberalizacji i deregulacji gospodarki. Sprzeciwiają się projektom, które mają harmonizować prawa pracownicze i konsumenckie w krajach UE, oraz przeciwdziałaniu tzw. dumpingowi socjalnemu.

Konrad Szymański na jednym z posiedzeń Parlamentu Europejskiego w kwietniu br. mówił m.in.: "Gdybyśmy mieli szukać słowa klucza do europejskiej polityki zatrudnienia, tym słowem powinna być ťelastycznośćŤ. (...) Gdybyśmy w polityce gospodarczej mieli szukać takiego słowa klucza, to jest nim ťkonkurencjaŤ, a także ťkonkurencja podatkowaŤ". W trakcie dyskusji nad dyrektywą usługową eurodeputowani PiS krytykowali chadeków z EPP (w skład tej frakcji wchodzą przedstawiciele PO) za zbyt mało liberalne podejście. "Chadecy lubią mówić o wzroście i deregulacji rynków. Tylko mówić..." - ze smutkiem konstatował wtedy poseł Szymański.

W obliczu globalizacji ekonomicznej wszelkie inicjatywy na rzecz obrony opiekuńczych funkcji państwa i budowy w miarę egalitarnego społeczeństwa mają szansę powodzenia jedynie poprzez wypracowywanie ponadnarodowych standardów i stojących na ich straży instytucji. Formacja braci Kaczyńskich, kontestując federalny i socjalny model UE, czyni hasło "Polski solidarnej" jedynie pustym frazesem.

Bitwa o Europę

Niechęć PiS do politycznej integracji krajów UE i liberalnego modelu demokracji budzi niepokój u sporej części europejskiej opinii publicznej, także tej o sympatiach prawicowych. W Parlamencie Europejskim formacja braci Kaczyńskich współtworzy z kilkoma populistyczno-narodowymi ugrupowaniami marginalną Unię na rzecz Europy Narodów (UEN). Kilka tygodni temu fiaskiem zakończyła się próba pozyskania do tej grupy brytyjskich konserwatystów oraz czeskiej ODS i utworzenia silnej formacji eurosceptycznej prawicy. Pewnie miała ona się stać prawicową alternatywą dla Europejskiej Partii Ludowej (skupia największe na kontynencie tradycyjne ugrupowania chadeckie i konserwatywne), która opowiada się za przyjęciem traktatu konstytucyjnego UE.

Inaczej jest na polskiej scenie politycznej. Tutaj bowiem sprzeciw PiS wobec eurokonstytucji jest podzielany przez większość partii, w tym kreowaną na główną siłę opozycyjną Platformę Obywatelską, której hasło "Nicea albo śmierć" wyznaczyło swego czasu kierunek polskiej polityki wobec UE.

Konto lewicy - najbardziej proeuropejskiej w swych deklaracjach formacji - obciąża całkiem niedawna chęć rządu Leszka Millera do umierania za traktat nicejski razem z Janem Rokitą. Jednak to właśnie lewica wydaje się dziś jedynym reprezentantem tej części polskiego społeczeństwa, dla której wstąpienie naszego kraju do UE nie jest jedynie prawną akcesją i nie wiąże się tylko z pozyskiwaniem - niezbędnych dla polskiej modernizacji - funduszy i dopłat z unijnej kasy. Dla części Polaków integracja z UE oznacza także (a może przede wszystkim) wejście Europy - ze swą akceptacją dla różnorodności, otwartością i tolerancją oraz wciąż jeszcze istotną dbałością o standardy socjalne - do Polski. Lewica nie może dopuścić, aby rządząca formacja zatrzasnęła przed taką Europą drzwi.

Dlatego potrzebna jest szeroka mobilizacja na rzecz federalnego projektu europejskiego. Lewica musi się jednak wyzbyć przekonania, charakterystycznego dla formacji postkomunistycznej, że polityka ogranicza się do realizacji pragmatycznych celów przy użyciu technokratycznych metod. Spór o miejsce Polski w Europie oraz o sam kształt tej Europy jest bowiem rywalizacją dwóch różnych wizji. Międzypartyjny konsensus co do głównych kierunków polskiej polityki zagranicznej skończył się wraz z osiągnięciem strategicznego celu, jakim było wstąpienie naszego kraju do UE. Mobilizacja społeczna na rzecz eurokonstytucji i federalnego modelu Europy może się powieść jedynie dzięki podważeniu dominującego w Polsce dyskursu postrzegającego Unię jako pole bitwy między narodowymi partykularyzmami oraz utrwaleniu w świadomości społecznej przekonania, że nie ma sprzeczności między interesem narodowym i interesem europejskim, a ochrona tego drugiego jest warunkiem realizacji pierwszego.

Warto wysłać dziś z naszego kraju sygnał do europejskiej opinii publicznej, że istnieją w Polsce środowiska polityczne i znaczące grupy społeczne, które - wbrew stanowisku rządu - sprzyjają politycznej integracji UE.

Warto pokazać, że w Polsce także mieszka europejska opinia publiczna.

"Gazeta Wyborcza" 08.08.2006

Lewica oddała pole liberałom i populistom

top^

Georges Mink, Pierre Manent i Aleksander Hall na łamach "Dziennika", a całe rzesze komentatorów po innych gazetach ubolewają, że Francuzi nie chcą się dostosować do realiów ekonomicznej globalizacji i sprzeciwiają deregulacji gospodarki oraz uelastycznieniu prawa pracy. Dzisiejsza dominacja argumentów neoliberalnych, wynikająca ze skutecznego prezentowania ich jako aideologicznych i naukowych, spowodowała kompletne zablokowanie dyskusji o współczesnym liberalizmie. Kilkadziesiąt lat temu obecni przywódcy francuskich organizacji młodzieżowych byliby opisywani jako rzecznicy społecznego postępu, zaś prawa, których dziś bronią (stabilność zatrudnienia, bezpieczeństwo socjalne) byłyby traktowane właśnie jako prawa, a nie przywileje.

Dla rzeczników neoliberalnego modelu globalizacji demontaż praw socjalnych wynika z konieczności przystosowania się do współczesnych procesów ekonomicznych i społecznych. Wymagają one, rzekomo, od poszczególnych państw konkurencji, polegającej na licytacji, który rząd bardziej zliberalizuje swoją gospodarkę, osłabi pozycję pracownika względem pracodawcy i ograniczy wydatki na opiekę społeczną. Aby zatrzymać odpływ kapitału do krajów, gdzie łamane są prawa związkowe, nie istnieje rozbudowany system ubezpieczeń społecznych, nie przestrzega się zakazu pracy dzieci ani norm ochrony środowiska naturalnego (np. Chiny, Indie, ale także USA), rządy państw europejskich przyjęły rolę niemal żebraczą. Brytyjskie ministerstwo handlu i przemysłu kusi wielkie korporacje reklamując Zjednoczone Królestwo jako kraj "niskich płac i słabej ochrony praw pracowniczych", gdzie "pracownicy są przyzwyczajeni do ciężkiej pracy na rzecz swych pracodawców", zaś "prawo nie zobowiązuje pracodawcy do pisemnej umowy o pracę". Zwolennicy neoliberalizmu traktują procesy gospodarcze i społeczne jako zjawiska spoza zasięgu ludzkiej aktywności i kreatywności. Współczesny ład ekonomiczny jest według nich dany raz na zawsze, obiektywny i niezależny od ludzkiej woli. Nie pozostaje więc nic innego, jak skapitulować przed jego logiką i się do niego przystosować. Ci, którzy z tą logiką godzić się nie chcą, pozostają w głębokiej politycznej defensywie.

Bezradne wobec tych mechanizmów europejskie partie socjaldemokratyczne, które pod koniec lat 90. ubiegłego wieku objęły władzę w większości państw UE, skapitulowały i mniej lub bardziej gorliwie kontynuowały politykę deregulacji i prywatyzacji, podpierając się pseudoideologiami "New Labour" czy "Neue Mitte". Wśród liderów lewicy zabrakło przywódców na miarę Olofa Palmego, Bruno Kreisky'ego czy Willy Brandta, którzy zrewidowaliby dotychczasową strategię polityczną i podjęli wysiłek budowy państwa opiekuńczego w skali kontynentu. Socjaldemokraci kolejny raz w swojej historii stali się zakładnikami polityk i egoizmów narodowych i w konsekwencji przyczynili się do narodzin nowego zjawiska - prawicowego populizmu. Wielu Europejczyków, którzy w wyniku neoliberalnych przemian stracili poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, nie znalazło remedium na własne lęki i obawy w programach tradycyjnych partii i instytucji. Z kolei atrakcyjnie brzmiące, współgrające ze społecznym gniewem i frustracją, ale fałszywe recepty zaczęli oferować różnej maści populiści. Według niemieckiego socjologa Ulricha Becka siła i potencjał dywersyjny populizmu "polega na tym, iż splata, absorbuje, łączy i syntetyzuje prawicowe cele z lewicowymi metodami: w jasnym świetle masowych mediów łamie istniejące tabu, aby wyzwolić trucicielski potencjał antynowoczesnych resentymentów, co znajduje odzwierciedlenie w oficjalnych reakcjach". Populizm czerpie swą siłę z ludzkich frustracji i lęków związanych z transformacją modelu opiekuńczego w społeczeństwo ryzyka, ale paradoksalnie wspiera ten kierunek polityki, który owe frustracje i lęki rodzi. Społeczny gniew jest kierowany przeciwko sztucznie wykreowanym wrogom publicznym, a nie przeciwko niesprawiedliwym mechanizmom gospodarczym. Dla powodzenia neoliberalnego projektu lepiej jest, aby ludzie zajmowali się atakowaniem Arabów, Żydów czy "pedałów", zamiast organizować się w wokół postulatów ekonomicznych i politycznych. Świetnie rozumieją to także przedstawiciele partii centroprawicowych, których dotąd nikt nie posądzał o populizm. Nie dziwi więc, że francuski minister spraw wewnętrznych Nicolas Sarkozy w ostatnich wypowiedziach publicznych. podsyca nastroje antyimigranckie w swoim kraju.

Wyzwaniem dla środowisk nawiązujących do lewicowej tradycji jest dziś budowa ponadnarodowej przestrzeni politycznej i przeciwstawienie - jak postuluje Zygmunt Bauman ("Dziennik", 26.04.2006) - "negatywnej globalizacji" (czyli globalizacji finansów i handlu, informacji, przemocy i przestępczości) instytucji prawnych i politycznych, które mogłyby poddać eksterytorialne procesy demokratycznej kontroli. Tradycyjne partie socjaldemokratyczne - w przeciwieństwie do nowych ruchów społecznych takich, jak alterglobaliści - wciąż nie potrafią konstruować politycznych wizji wykraczających poza logikę państw narodowych. Jeśli jednak nie zrozumieją, że na globalizację można wpływać i trzeba ja kształtować, to stracą one swój sens istnienia, a wszelkie projekty emancypacyjne zostaną wyparte z głównego nurtu globalnego dyskursu politycznego. Na scenie pozostaną jedynie neoliberalni "modernizatorzy" oraz konserwatywno - populistyczni "tradycjonaliści", którzy będą odgrywać rolę adwersarzy, stając się jednocześnie dwoma stronami tego samego medalu.

Powyższy artykuł ukazał się w "Dzienniku" (09.05.2006)

Michał SYSKA: Jak powstrzymać PiS

top^

Sympatyzująca z prawicą prof. Jadwiga Staniszkis w odpowiedzi na pytanie tygodnika "Przegląd", dlaczego rośnie sondażowe poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości, odpowiedziała: "To świadczy o stanie umysłów społeczeństwa. Ludziom podoba się silna władza, szybkie działania i opanowanie całej przestrzeni w państwie."

Można dyskutować, czy faktycznie te cechy rządów partii braci Kaczyńskich decydują o jej znacznym poparciu społecznym, ale słowa Staniszkis są najlepszym opisem dotychczasowych działań PiS. Wzięcie niemal wszystkich sfer publicznych pod kontrolę polityków rządzącej prawicy - od służb specjalnych i tzw. resortów siłowych, przez Instytut Pamięci Narodowej i funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich (przyjmując, że obejmie ją bliski PiS Janusz Kochanowski), po media publiczne - jest niewątpliwie próbą opanowania "całej przestrzeni w państwie". Myliłby się jednak ten, kto porównywałby ten proces do zawłaszczania państwa przez polityków SLD w minionych czterech latach. Postkomunistycznej lewicy chodziło raczej o zwykły "skok na kasę". Dla PiS jest to element głębszego projektu politycznego, który zmierza do nadania ideologii narodowo-konserwatywnej pozycji hegemonicznej w polskim dyskursie publicznym. Politycy prawicy - w przeciwieństwie do swych adwersarzy - odrobili bowiem lekcję z Gramsciego i doskonale wiedzą, że - jak pisze Susan George - "definiowanie, utrzymywanie i kontrolowanie kultury jest kluczowe: gdy dostaniesz się do głów ludzi, zdobędziesz też ich serca, ręce oraz przeznaczenie".

Edukacja czy polityka?

Wrześniowe zwycięstwo w wyborach parlamentarnych jest więc jedynie taktycznym triumfem. Dzięki niemu można za pomocą instytucji państwa zrealizować "projekt hegemoniczny". Wychowanie konsumentów prawicowej ideologii przyniesie prawdziwą wiktorię dopiero w przyszłości. Kluczowe są sfery związane z szeroko rozumianą edukacją i kulturą.

W Ministerstwie Edukacji Narodowej powstaje departament nadzoru oświaty, który ma być swoistą policją ideologiczną propagującą konserwatywno-katolicki model wychowawczy jako jedyny dopuszczalny. Minister edukacji Michał Seweryński nie wyklucza wprowadzenia nowego przedmiotu nauczania, "lekcji patriotyzmu", który mógłby zastąpić dotychczasowe lekcje wiedzy o społeczeństwie. Zresztą młodzieżówka PiS już rozpoczęła takie zajęcia w szkołach publicznych, podczas których oprócz prezentowania patriotycznej poezji i historycznych pogadanek potępia się Marsze Równości i Jurka Owsiaka.

Wprowadzenie wychowania patriotycznego do szkół to także element programu ministra kultury Kazimierza M. Ujazdowskiego, jednego z ideologów obozu rządzącego. Z publicznych zapowiedzi wynika, że jego resort chce zajmować się głównie propagowaniem wartości narodowych poprzez rozwój muzealnictwa, a także promowaniem jednej, konserwatywnej wizji polskiej historii (tzw. polityka historyczna). Sztuka wspierana przez państwo pod rządami PiS ma mieć charakter służebny wobec tych celów. Tak jak w socrealizmie artyści realizowali zadania wyznaczane przez "klasę pracującą miast i wsi", tak dziś mają stać się oni krzewicielami narodowych mitów i bogoojczyźnianych haseł zgodnych ze światem wartości formacji braci Kaczyńskich. Wiceminister kultury Jarosław Sellin mówi wprost, że chce mieć wpływ na politykę repertuarową Instytutu Sztuki Filmowej, i zapowiada, że na publiczny grosz mogą liczyć w pierwszej kolejności te projekty, które realizują cele tzw. polityki historycznej.

Aby realizować politykę historyczną, trzeba najpierw napisać historię. Tym zajmie się nowy prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka oraz liczne grono młodych, wychowanych na "Frondzie" i "Arcanach", prawicowych historyków. Ta historia będzie polocentryczna, obfitująca w narodowe mity, radykalnie antykomunistyczna oraz pełna białych plam ukrywających wszelkie wstydliwe fakty i epizody (ciekawe, czy ewentualny film o zbrodni w Jedwabnem mógłby liczyć na wsparcie resortu kultury jako element polityki historycznej?).

Powrót jedynej ideologii

Propagowanie narodowo-konserwatywnych wartości przy wsparciu materialnych instytucji sprzyjać będzie wykreowaniu nowych elit politycznych oraz konsumentów prawicowej ideologii. Mówił o tym już kilka lat temu bliski środowisku rządzącej prawicy współzałożyciel "brulionu", a dziś redaktor tygodnika "Ozon" Robert Tekieli: "Przejęcie państwa musi nastąpić w ten sposób, że ludzie, którzy ukształtowali się na "brulionie", na pewnym typie relacji do innych osób, do prawdy, do wolności, ci, których kształtujemy w tej chwili i którzy kształtowani będą dalej, zajmą stanowiska w państwie i to bardzo konkretne. A to jest potrzebne, by szkoły nie uczyły głupot, których uczą - że np. Szczypiorski jest wybitnym pisarzem. To kwestia nauczycieli, dyrektorów departamentów itd.". Można zatem stwierdzić, że symbolicznym aktem narodzin IV RP będzie pogrzeb ostatniego wielbiciela literatury, której autorzy nie wywodzą się z tradycji narodowo-konserwatywnej.

Zaniepokojenie budzi nie tylko wykorzystanie różnych instytucji państwa do promocji jednej ideologii, ale także sama ta ideologia. Wyklucza ona ze sfery publicznej różne, a jednocześnie równoprawne światopoglądy, systemy wartości i katalogi moralne, zatem podważa ład liberalno-demokratyczny. Ideologia ta nie dąży bynajmniej do dosłownej eliminacji zwolenników innych poglądów i systemów moralnych, ale chce ich wypchnąć z przestrzeni publicznej. Przykładem symbolicznym niech będzie projekt konstytucji autorstwa PiS, gdzie w preambule jasno wskazuje się jedną aksjologiczną (religijną) podstawę funkcjonowania Rzeczypospolitej, a gwarancje wolności światopoglądowej obywateli i neutralności państwa w tej sferze znacznie zredukowano w porównaniu z obecnie obowiązującą ustawą zasadniczą. Marsze Równości i w ogóle stosunek do kwestii praw mniejszości niech posłuży za przykład praktyczny.

Polskie Drzewo Oliwne

Zwycięstwo wyborcze PiS oraz zdecydowanie i konsekwencja tej partii w realizacji swego projektu ideowego nieco sparaliżowały innych aktorów sceny politycznej. Zagubione wydają się zwłaszcza te ugrupowania i środowiska, które z racji swych programowych deklaracji powinny artykułować alternatywne projekty wobec postulatów rządzącej prawicy i podjąć skuteczną walkę w obronie liberalnej demokracji.

Przykładem takiej dezorientacji może być artykuł Władysława Frasyniuka na łamach "Gazety Wyborczej" ("Liberałowie muszą trzymać się razem" z 14 grudnia 2005 r.), w którym lider Partii Demokratycznej zaprasza do politycznego sojuszu Platformę Obywatelską i Socjaldemokrację Polską. Jednocześnie autor wskazuje podstawy programowe przyszłego, anty-PiS-owego porozumienia, które wymagają od PO rezygnacji z konserwatyzmu w sferze polityczno-obyczajowej, a od SdPl akceptacji dla gospodarczego liberalizmu. Doprawdy trudno mi sobie wyobrazić Stefana Niesiołowskiego, Hannę Gronkiewicz-Waltz, Jana Rokitę czy nawet Donalda Tuska na Marszu Równości. Nie dopuszczam też myśli o poparciu SdPl dla podatku liniowego lub dalszego ograniczania praw pracowniczych.

Projektowane przez Frasyniuka porozumienie byłoby tylko zabiegiem taktycznym potwierdzającym, że w Polsce podziały polityczne wynikają z życiorysów lub działań marketingowych, a nie są konsekwencją ideowych i programowych sporów. Taki taktyczny sojusz nie zablokuje opisanego powyżej "projektu hegemonicznego" PiS. Może go zablokować jedynie front ugrupowań i środowisk, który będzie w stanie podjąć rywalizację z rządzącą prawicą w sferze idei. A zrobić to może jedynie "nowy Centrolew" opisany przez Sławomira Sierakowskiego w "Gazecie" z 13 grudnia. Redaktor naczelny "Krytyki Politycznej" słusznie wyznacza jako linię sporu kwestie związane z prawami obywatelskimi, kształtem demokracji, stosunkiem do Europy i innych narodów. Słusznie też lokuje Platformę Obywatelską po tej samej stronie barykady co PiS, zwracając uwagę, że partia Tuska i Rokity nie weszła do koalicji rządzącej z innych powodów niż programowe.

SdPl widzi się oczywiście w takim szerokim porozumieniu partii i środowisk od lewicy po centrum. Dobrym wzorcem mogłoby być włoskie "Drzewo Oliwne" Romano Prodiego, które stało się polityczną alternatywą dla prawicy skupionej wokół Silvia Berlusconiego i gromadzi komunistów, socjaldemokratów, lewicujących chadeków, liberałów oraz związkowców, zapewniając jednocześnie wszystkim podmiotom autonomię organizacyjną i programową. Z takiego porozumienia nie można wykluczać SLD. W SdPl nie zmieniliśmy zdania co do przyczyn kryzysu tej formacji, wciąż widzimy tam ludzi, którzy za ten stan rzeczy odpowiadają, ale dostrzegamy też napawające optymizmem - na razie bardzo umiarkowanym - działania Wojciecha Olejniczaka. W centrolewicowym obozie jest oczywiście miejsce dla środowiska PD, a zwłaszcza tych bezpartyjnych i opiniotwórczych sympatyków tej partii, którzy publicznie deklarują swoje przywiązanie do przedwojennego etosu inteligenckiego łączącego się przecież z tradycją PPS. Jednak tak naprawdę to nie partie powinny stanowić jedyną lub główną siłę "nowego Centrolewu".

W zdominowanej przez PiS przestrzeni państwowej miejscem do budowania alternatywnego projektu powinna być przestrzeń społeczna. Przywoływany Gramsci widział w społeczeństwie obywatelskim skuteczną przeciwwagę dla rządzących. To właśnie poprzez aktywność w sferze idei, wartości, oddolnej oświaty i dobrowolnych stowarzyszeń kreowanych przez społeczeństwo obywatelskie można powstrzymać PiS-owski "projekt hegemoniczny" wspierany przez instytucje państwa.

Partie polityczne - a na pewno te z mainstreamu - są w sferze społecznej słabo zakorzenione. Dlatego w "nowym Centrolewie" musi znaleźć się miejsce dla aktywistów mniejszych partii (Zieloni 2004), licznych organizacji pozarządowych (antydyskryminacyjnych, pracowniczych, ekologicznych, lokatorskich, studenckich, proeuropejskich) oraz tych opiniotwórczych, aczkolwiek dziś unikających zaangażowania, intelektualistów i komentatorów życia politycznego, którzy skutecznie będą bronić liberalno-lewicowego punktu widzenia w głównym nurcie dyskursu publicznego. Przyciągnięcie tych środowisk będzie gwarancją, że centrolewicowy blok nie jest taktyczną zagrywką politycznych wyjadaczy, której celem jest zapewnienie sobie i swoim partyjnym kolegom jakiegoś gwarantującego przeżycie miejsca na zdominowanej przez prawicę scenie politycznej, lecz poważną próbą jej przemodelowania i budowy rzeczywiście nowej jakości w centrum i po lewej stronie. /GW/

Michał SYSKA, Szymon SZEWRAŃSKI: Zjednoczeni w różnorodności

top^

Tocząca się od kilku tygodni na łamach „Trybuny” debata na temat koncepcji tzw. nowego Centrolewu przybiera kuriozalne formy. Jej dotychczasowi uczestnicy (Krzysztof Pilawski, Piotr Ciszewski i Bogusław Ziętek) stworzyli nowe standardy polemiki. Stawiają własne tezy, przypisując je komu innemu (czyli rzeczywistym i wyimaginowanym zwolennikom owego Centrolewu), a następnie w bezkompromisowy sposób się z nimi rozprawiają. Warto więc, aby czytelnicy „Trybuny” dowiedzieli się o co tak naprawdę chodzi z tym Centrolewem. A więc po kolei.

Koncepcję nowego Centrolewu sformułował na łamach „Gazety Wyborczej” redaktor naczelny kwartalnika „Krytyka Polityczna” Sławomir Sierakowski. „Kto chciałby opisać dziś scenę polityczną, opierając się jedynie na sondażach opinii publicznej i przekazie płynącym z mediów, musiałby zagłębić się w relacje między rozmaitymi odłamami prawicy, dla której nie ma już żadnej liczącej się opozycji. Czy można odwrócić ten trend? Czy istnieje jakaś możliwość stworzenia realnej przeciwwagi dla wyłonionego podczas ostatnich wyborów układu?” – od postawienia takiej tezy i pytań rozpoczyna swoje rozważania Sierakowski. Bo przecież faktycznie mamy do czynienia z bezprecedensową sytuacją, gdy jedna prawica dzierży ster rządów, a druga jest kreowana na główną siłę opozycyjną. Brakuje zaś trzeciego, silnego aktora na scenie politycznej, który sformułowałby rzeczywistą alternatywę programową dla PiS (PO, która jest poza rządem ze względów innych niż ideologicznych czy programowych, takiej alternatywy nie stworzy). Sierakowski słusznie zauważa, że: „dziś w Polsce, za sprawą braci Kaczyńskich, obserwujemy nie tyle grę, co raczej metagrę o władzę. Chodzi o gruntowną przebudowę całej sceny politycznej. I temu właśnie, a nie realizacji jakiejś konkretnej wizji politycznej, służy braciom Kaczyńskim rząd i jego program. Stąd dobór takich, a nie innych polityków w radzie ministrów (przynajmniej trzech ministrów powołano głównie po to, żeby utrudnić potencjalną krytykę ze strony PO), stąd zaskakujące zawieszenie tak silnie podkreślanych wcześniej norm praworządności przy wyborze sojuszników politycznych, stąd dziwny liberalny program tego "prosocjalnego" rządu (obniżka górnej stawki PIT z 40 proc. na 32 proc. będzie kosztować budżet państwa ok. 6 mld zł, czyli ponad dziesięć razy więcej niż zapowiedziane większe wydatki socjalne). Po zwycięskich wyborach parlamentarnych i prezydenckich bracia Kaczyńscy postanowili zdobyć władzę na lata, co zagwarantować ma im odpowiednie przebudowanie sceny politycznej. Dla opozycji oznacza to zastąpienie klasycznej konkurencji między partiami walką o być albo nie być na nowo tworzonej arenie polityki.” Efektem tej walki może być wykreowanie modelu dwubiegunowego, gdzie wybór ofert politycznych będzie ograniczał do narodowych konserwatystów z PiS i liberalnych konserwatystów z PO, co zdaje się być pożądanym przez dużą część mediów i komentatorów stanem rzeczy. Jak łatwo zauważyć, brakuje tu miejsca na ofertę lewicową i liberalną (ale nie w sensie gospodarczym, ale polityczno – obyczajowym). Dlatego środowiska lewicowe i centrowe powinny stworzyć strategiczny sojusz i odtworzyć w dyskursie publicznym linię podziału, która w trakcie ostatniej kampanii wyborczej – zdominowanej przez dwóch podobnych do siebie aktorów: PiS i PO – została wymazana. Chodzi tu o stosunek do takich kwestii, jak: prawa i wolności obywatelskie, równy status kobiet i mężczyzn, neutralność światopoglądowa państwa, kształt demokracji oraz integracja polityczna Europy. We wszystkich tych kwestiach Platforma Obywatelska stoi po tej samej stronie barykady co partia braci Kaczyńskich. Gdyby nowemu Centrolewowi udałoby się takim sporem wejść do głównego nurtu polityki, spowodowałoby to sytuację, w której to już nie PO będzie główną alternatywą dla PiS, lecz formacja lewicowa. Głównym celem dla środowisk centrowych i lewicowych, wspierających wolności obywatelskie i otwarte społeczeństwo jest przełamanie dość głęboko zakorzenionego stereotypu, iż jedynym reprezentantem wymienionych wartości jest właśnie PO. Platforma posiada elektorat ludzi młodych, energicznych, liberalnych światopoglądowo, tolerancyjnych, oddających (w ich mniemaniu) swe głosy na partię postępową i nowoczesną. Tymczasem w przypadku PO jest to fałszywy wizerunek, skutecznie wykreowany dzięki nadzwyczaj sprawnemu marketingowi politycznemu. Skrzętnie maskowany konserwatyzm światopoglądowy polityków Platformy ujawnia się w pełni dopiero po wyborach. Świadczą o tym m.in. krakowskie dni skupienia, „chrześcijański liberalizm” byłego platformersa – obecnej wicepremier Gilowskej czy Marsz Równości zablokowany przez poznańską PO. Jednym z głównych celów Centrolewu powinno być zajęcie miejsca Platformy w świadomości publicznej i odebranie jej tych przymiotów, z którymi niesłusznie jest kojarzona tj. wolności obywatelskiej, euroentuzjazmu, nowoczesności, etc. Paradoksalne jest to, że pomoc w tym względzie może napłynąć z najmniej oczekiwanej strony - osłabienie formacji Tuska i Rokity wydaje się również leżeć w interesie braci Kaczyńskich. Od kilku tygodni obserwujemy przejmowanie niemal wszystkich sfer publicznych – począwszy od służb specjalnych i tzw. resortów siłowych, przez Instytut Pamięci Narodowej i funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich (należy bowiem przyjąć, że obejmie ją bliski PiS Janusz Kochanowski) po media publiczne – pod kontrolę polityków rządzącej prawicy. Nie jest to jednak zwykły „skok na kasę”, lecz element głębszego projektu politycznego, który zmierza do nadania ideologii narodowo – konserwatywnej pozycji hegemonicznej w polskim dyskursie publicznym. Politycy prawicy odrobili bowiem lekcje z Gramsciego i doskonale wiedzą, że, jak pisze Susan George, „definiowanie, utrzymywanie i kontrolowanie kultury jest kluczowe: gdy dostaniesz się do głów ludzi, zdobędziesz też ich serca, ręce oraz przeznaczenie”. Wrześniowe zwycięstwo w wyborach parlamentarnych jest więc jedynie taktycznym triumfem, dzięki któremu można za pomocą instytucji państwa zrealizować „projekt hegemoniczny”. Propagowanie narodowo – konserwatywnych wartości przy wsparciu materialnych instytucji sprzyjać będzie wykreowaniu nowych elit politycznych oraz konsumentów prawicowej ideologii. Temu mają służyć „lekcje patriotyzmu” planowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Temu służyć ma tzw. polityka historyczna realizowana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Pamięci Narodowej. Kontrolowana przez polityków PiS telewizja publiczna stanie się skutecznym narzędziem w promocji prawicowej ideologii. W ten sposób zostaną wychowane kolejne pokolenia konserwatywnych polityków, publicystów, działaczy społecznych, przedsiębiorców, naukowców, którzy poszerzą konserwatywny elektorat tak, aby projekt IV Rzeczpospolitej nie napotkał na opór żadnej znaczącej grupy obywatelskiej czy siły politycznej i został konsekwentnie zrealizowany. A IV RP, której obraz możemy zrekonstruować za pomocą lektury PiS-owskiego projektu konstytucji, to państwo oparte na jednej – religijnej - podstawie aksjologicznej i realizujące założenia jednej – narodowo – konserwatywnej – ideologii, która wyklucza istnienie w sferze publicznej różnych i jednocześnie równoprawnych światopoglądów, systemów wartości i katalogów moralnych, a więc podważa w ten sposób ład liberalno – demokratyczny. Ideologia ta ma zatem charakter wykluczający: nie dąży bynajmniej do dosłownej eliminacji zwolenników innych poglądów i systemów moralnych, ale chce ich wypchnąć z przestrzeni publicznej. Nowy Centrolew ma więc zburzyć scenariusz braci Kaczyńskich i stać się trzecim aktorem – obok dwóch konserwatywnych formacji prawicowych – na scenie politycznej i skutecznie przeciwstawić się „projektowi hegemonicznemu” Prawa i Sprawiedliwości. Musi stanąć w obronie ładu liberalno – demokratycznego zapewniającego pluralizm (na ile da się go zapewnić w kapitalistycznej rzeczywistości) sfery publicznej, gdzie rozmaite poglądy, normy moralne i style życia są traktowane przez państwo równoprawnie. Sojusz centrowych i lewicowych demokratów może stanąć na drodze planom Donalda Tuska, który najchętniej widziałby dyskurs publiczny ograniczony do rywalizacji PiS z PO. Mówił o tym na łamach „Polityki”, a powtórzył w rozmowie z „Trybuną”. Centrolew ma być porozumieniem partii i organizacji, a nie – jak, daleko mijając się z prawdą, sugerują Pilawski, Ciszewski i Ziętek – nową, centrolewicową formacją polityczną. Porozumienie to miałoby się opierać na wspólnym programie w tych kwestiach, które mają być główną osią sporu z prawicą i łączą lewicę z liberalnym centrum. W sprawach społeczno – gospodarczych wszystkie podmioty zachowałyby własną odrębność i zabiegały o te grupy społeczne, których interesy chcą reprezentować. Dobrym wzorcem mogłoby być włoskie "Drzewo Oliwne" Romano Prodiego, które stało się polityczną alternatywą dla prawicy skupionej wokół Silvia Berlusconiego i gromadzi komunistów, socjaldemokratów, lewicujących chadeków, liberałów oraz związkowców, zapewniając jednocześnie wszystkim podmiotom autonomię organizacyjną i programową. Taka formuła porozumienia, oparta na możliwie najwyższym stopniu politycznej różnorodności, sprawia, że pomimo wewnętrznej niejednorodności, Centrolew może mieć większą odporność na ataki zewnętrzne, być bardziej twórczy i dynamiczny politycznie oraz stanowić atrakcyjną ofertę dla tej części społeczeństwa, która do tej pory odmawiała udziału w procesie demokratycznym. Centrolew to także szansa na powstanie w Polsce autentycznej i ideowej lewicy, która wypracowałaby ofertę alternatywną dla programu neoliberalnego i skutecznie broniłaby zdobyczy świata pracy w nowej, zglobalizowanej rzeczywistości społeczno - gospodarczej (niżej podpisani pisali o tym na łamach „Trybuny” w artykule pt. „Jest alternatywa” z 9 lipca 2005). Dzięki otwartej i pluralistycznej formule porozumienia, do głównego nurtu polskiej polityki mogłyby wejść te ideowe środowiska lewicy, które dziś pozostają na jego marginesie. Działacze licznych organizacji pozarządowych (antydyskryminacyjnych, pracowniczych czy ekologicznych), pozostający poza głównym obiegiem medialnym lewicowi publicyści, czy krytyczni intelektualiści ze środowisk akademickich mogliby wreszcie mieć rzeczywisty wpływ na społeczną rzeczywistość. Sierakowski w swym tekście pisze: „w przyszłości Centrolew mógłby stać się zaczynem dwóch formacji: autentycznej lewicy i nowoczesnego centrum”. Za przykład znów może służyć przywoływane już włoskie „Drzewo Oliwne”, gdzie na bazie liberalnej formacji Prodiego i prawego skrzydła Demokratów Lewicy ma powstać centrowa, socjalliberalna Partia Demokratyczna, zaś lewica skupi się prawdopodobnie wokół lewego skrzydła socjaldemokracji i partii Rifondazione Comunista. W najbliższych tygodniach czeka nas zalew propagandy będącej mieszaniną bogoojczyźnianego patriotyzmu i mitu silnej władzy. Przejęcie przez PiS realnej kontroli nad środkami masowego przekazu nie ułatwia potencjalnej opozycji budowania skutecznej, politycznej alternatywy dla rządzącego bloku. Kluczem do sukcesu jest zgromadzenie wokół projektu Centrolewu możliwe jak najbardziej różnorodnych środowisk, skłonnych przeciwstawić się unifikacji politycznej oraz szykowanej przez obóz narodowo-katolicki krucjacie moralnej. Centrolew musi stać się swego rodzajem ośrodkiem opiniotwórczym. Współtworzyć powinny go również osoby, potrafiące swoim autorytetem i doświadczeniem przyciągać uwagę społeczeństwa oraz kształtować jego postawy. Aktorzy, twórcy literaccy, reżyserzy mogliby z powodzeniem intelektualnie wspierać idee obywatelskie i wolnościowe. Akceptacja idei Centrolewu przez ośrodki kulturotwórcze jest szczególnie ważna wobec faktu politycznego zawłaszczenia mediów publicznych przez obóz rządzący. Środowisko Centrolewu powinno być, żeby użyć europejskiej frazeologii, „zjednoczone w różnorodności”. Tylko wielopodmiotowe, skupiające różne postulaty wolnościowe, zrzeszone, jak to nazwała Naomi Klein „wokół wartości a nie ideologii” może być skuteczną siłą polityczną zdolną do zainicjowania ogólnospołecznej dyskusji dotyczącej przyszłości sceny politycznej w kraju. Wydaje się jednak, że takim krytykom Centrolewu jak Piotr Ciszewski, którzy od lat funkcjonują w niszowych środowiskach, wcale nie zależy na wejściu z lewicowym punktem widzenia do debaty publicznej. Wolą oni ekscytować się swoją lewicowością w sferze wirtualnej. W czasie, gdy prawica przebudowuje państwo w myśl ideologii konserwatywnej, w której nie ma miejsca na lewicę, Piotr Ciszewski i jemu podobni publikują w Internecie jakieś manifesty, spotykają się na zebraniach kilkuosobowych organizacji o osobliwych nazwach (np. Czerwony Kolektyw) i spierają się, kto lepiej interpretuje pisma Trockiego. Znaczenia społecznego nie ma to żadnego, ale pozytywnie wpływa na samopoczucie działaczy „prawdziwej lewicy”. W ostatnich wyborach parlamentarnych postanowili oni poprzeć Polską Partię Pracy, założoną przez tragicznie zmarłego Daniela Podrzyckiego, a dziś kierowaną przez kolejnego krytyka Centrolewu Bogusława Ziętka. Jeszcze kilka lat temu formacja ta współtworzyła skrajnie prawicowy komitet wyborczy z udziałem różnej maści nacjonalistów i antysemitów oraz neofaszystowskiego Narodowego Odrodzenia Polski. Dzisiaj jej przewodniczący poucza wszystkich dookoła, jaka powinna być prawdziwa lewica. Jest w tym nieco żałosny, bo w trakcie kampanii udowadniał, że SLD nie ma nic wspólnego z lewicą (oczywiście po fiasku rozmów, jakie prowadził Podrzycki z kierownictwem SLD na temat wspólnych list wyborczych), a dziś na łamach "Trybuny” przymila się do Wojciecha Olejniczka. Retorycznie pyta, dlaczego SLD miałoby rozmawiać z SdPl, partią pozaparlamentarną z niewielkim poparciem. Jednocześnie zgłasza gotowość własnej formacji do współpracy z formacją Olejniczaka. Przypomnijmy, że PPP osiągnęła 0,7 procent poparcia w wyborach parlamentarnych (zapełniając listy wyborcze w całym kraju działaczami związku zawodowego Sierpień’80 z okręgu górnośląskiego) i nie posiada żadnych struktur terenowych oraz popularnych liderów. Nowy Centrolew (tak jak ten przed wojną) nie ma być centrolewicą, lecz wspólną, strategiczną platformą centrum i lewicy, gdzie centrum pozostaje centrum, a lewica lewicą. Centrolew ma być dobrowolnym, inicjowanym oddolnie ruchem o charakterze obywatelskim, którego spoiwem są wartości demokratyczne i wolnościowe. Ma zapobiec zawłaszczeniu sceny politycznej przez dwie prawice, czyli realizacji marzeń Kaczyńskich i Tuska wspieranych publicystyką Pilawskiego, Ciszewskiego i Ziętka./Trybuna/

Michał SYSKA, Szymon SZEWRAŃSKI: Socjaldemokracja umarła, niech żyje socjaldemokracja.

top^

Socjaldemokracja umarła. Podzieliła los państwa opiekuńczego, które współtworzyła i które było sensem jej istnienia. Przez trzy powojenne dekady partie reformistycznej lewicy z sukcesem budowały ład, który stanowił o wyjątkowości i atrakcyjności Europy. W ramach państw narodowych, z uwzględnieniem ich specyfiki, stworzono system powszechnych ubezpieczeń społecznych, który zapewniał szerokim grupom obywateli wysoki poziom bezpieczeństwa socjalnego, a w konsekwencji także poczucie stabilizacji i szeroki zakres wolności politycznych. To nie mogło się spodobać Kapitałowi, więc od lat 70-tych ubiegłego stulecia rozpoczął się dokonywany przez wyznawców neoliberalizmu demontaż państwa opiekuńczego. Pod hasłami „racjonalnego postępu”, „nowoczesności” i „zdrowej ekonomii” ograniczano prawa pracownicze (które jeszcze kilka lat wcześniej były w dyskursie publicznym przedstawiane właśnie jako społeczny postęp) i komercjalizowano kolejne sfery ludzkiego życia. Obrońcy „welfare state” – wciąż funkcjonujący w ramach państw narodowych – okazali się bezbronni wobec przeciwnika, który operował na poziomie ponadpaństwowym. Koncepcja państwa opiekuńczego jednak nie zbankrutowała, jak wieszczą jego wrogowie. Kraje skandynawskie, w których wiele jego atrybutów udało się utrzymać, prowadzą w rankingach państw o najwyższym poziomie życia obywateli, powszechnym dostępie do edukacji i opieki medycznej oraz niskiej przestępczości i korupcji (przy dość liberalnym prawie karnym). Jednocześnie są to miejsca atrakcyjne dla inwestorów (mimo wysokich podatków), gdzie rozwijają się sektory nowych technologii. Państwo opiekuńcze nie zbankrutowało, lecz okazało się nieskuteczne w ramach państw narodowych. Jak pisze Zygmunt Bauman, „globalizacja kapitału i handlu, znoszenie lokalnych ograniczeń w swobodnym przepływie kapitału i wynikająca z tych faktów eksterytorialność głównych sił gospodarczych sprawiają, że pojęcie ‘państwa opiekuńczego w granicach jednego kraju’ okazuje się wewnętrznie sprzeczne.”

Bezradne wobec tych mechanizmów europejskie partie socjaldemokratyczne, które pod koniec lat 90-tych objęły ponownie władzę w większości państw UE, skapitulowały wobec TINA („there is no alternative”) i mniej lub bardziej gorliwie kontynuowały politykę deregulacji i prywatyzacji, podpierając się pseudoideologiami „New Labour” czy „Neue Mitte” (które tak naprawdę okazały się zabiegami marketingowymi). Francuski socjolog Pierre Bourdieu pisał: „postrzegam neoliberalizm jako rewolucję konserwatywną, która przywraca przeszłość, lecz prezentuje się jako progresywna, przekształca sam regres w formę postępu. Czyni to tak dobrze, że ci, którzy się jej sprzeciwiają, sami zaczynają być postrzegani jako zacofani.” Niemiecki pisarz, noblista, Guenter Grass dodaje z kolei: „partie socjalistyczne czy socjaldemokratyczne uznały, że zgon komunizmu oznacza również koniec socjalizmu. Nie wierzą w europejskie ruchy robotnicze, znacznie starsze niż komunizm. Rozstały się z własną tradycją, poddały się, co prowadzi do utrwalenia samozwańczych koncepcji praw natury, jak np. neoliberalizm.” Jedynymi sferami, gdzie lewica zachowała własną tożsamość, to kwestie praw kobiet i mniejszości. Liderzy tzw. odnowionej socjaldemokracji zapomnieli, iż – wbrew temu co głoszą piewcy neoliberalizmu - długotrwały rozwój nie jest możliwy bez zachowanej równowagi społeczno-gospodarczej, że ekonomia ignorująca społeczeństwo jest złą ekonomią, a gospodarka ignorująca potrzeby przyszłych pokoleń jest złą gospodarką.

Jeśli socjaldemokracja ma mieć jeszcze jakiś sens, musi zrewidować swoją dotychczasową strategię polityczną i podjąć wysiłek budowy państwa opiekuńczego w skali kontynentu. Narzędziem powinna być Unia Europejska – zintegrowana politycznie, zdemokratyzowana, promująca jednolite standardy pracy, obywatelska i wielokulturowa. Wolność myśli i sumienia, prawo do nauki, prawo do pracy, wolność sztuki, równość, solidarność, bezpieczeństwo ekologiczne to wartości, które dla wielu Europejczyków wciąż pozostają niedostępne. Transgraniczne problemy wymagają ponadnarodowych rozwiązań. We współczesnym świecie zachwiania ekonomiczno-społeczne i degradacja środowiska nie mają granic. Przeciwdziałanie im może być skuteczne tylko wówczas, kiedy zdecydowane NIE zostanie wyartykułowane jednym głosem - głosem społeczeństwa europejskiego.

Współczesne partie socjaldemokratyczne nie są na razie w stanie podjąć tego wyzwania. Juergen Habermas pisze o partiach, że „skazane dziś wyłącznie na działalność w sferze państwowej, muszą zaistnieć na arenie europejskiej. Ta zaś z kolei musi otworzyć się programowo na osiągnięcie podwójnego celu, jakim jest stworzenie socjalnej Europy, zdolnej zaważyć swoim przykładem w wymiarze kosmopolitycznym.” Zglobalizowana przestrzeń publiczna może być skutecznie odbudowywana tylko przez zglobalizowane siły polityczne. Bez tej świadomości socjaldemokracja nie narodzi się ponownie.

W Polsce socjaldemokracja nie zmartwychwstanie – ona musi się narodzić. Po 1989 roku szyld ten został zawłaszczony przez środowisko dawnych, cynicznych w dużej mierze działaczy SZSP, ZSMP i PZPR z lat 70-tych i 80-tych, dla których stał się on biletem wstępu na polityczne i biznesowe salony III RP. Sytuacja ta zablokowała powstanie lewicy jako formacji kulturowo – politycznej, trwale obecnej w dyskursie publicznym, który dziś został zdominowany przez liberałów i konserwatystów.

Do stworzenia lewicy potrzebny jest klimat społecznej kontestacji obecnego porządku kulturowo – ekonomicznego. W Polsce takiego buntu nie ma; brakuje krytyki społecznej uprawianej w literaturze czy kinie (kiedy wreszcie narodzi się polski Ken Loach?), upośledzone w wyniku transformacji grupy zachowują się apatycznie, praktycznie nie istnieje zorganizowany ruch pracowniczy. Brak wyższych celów i implozja aktywności społecznej zdecydowanie nie sprzyjają budowaniu szerokiego forum sprzeciwu wobec wyzysku i nierówności. Ale logika podpowiada, że taki bunt nadejdzie. Pytanie tylko: jak będzie wyglądać polityczna emanacja tej kontestacji? Czy będzie to antyliberalna i nacjonalistyczna zarazem Samoobrona do spółki z LPR? Czy też powstanie w naszym kraju nowoczesna lewica, która stanie się rzecznikiem wykluczonych? Lewica, której skuteczną bronią w walce z biedą będzie program edukacji i rozwoju. Lewica przywracająca aktywność społeczną, budująca otwarte społeczeństwo. Lewica, która nie jest arogancka, ale uważnie słucha opinii publicznej i jest racjonalna w swoich poczynaniach. Lewica, która jest moderatorem życia społecznego i inicjatorem powszechnej debaty publicznej. Lewica świadoma globalnych wyzwań, zdolna do pokonywania narodowych egoizmów, która skutecznie przeprowadzi projekt politycznej i społecznej integracji Starego Kontynentu.

Ta nowa lewica musi stać się formacją łączącą postulaty socjalne świata pracy i ludzi wykluczonych oraz mniejszości i środowisk kobiecych; będącą częścią szerszego, europejskiego projektu. Znaleźć się w niej mogą (a właściwie powinni) ludzie związani dziś z różnymi partiami i politycznie „bezdomni”, a także organizacje feministek i mniejszości seksualnych, które, jeśli nie upolitycznią celów swej działalności, zostaną zepchnięte do sfery pop-kultury. Największym wyzwaniem będzie pozyskanie do tej inicjatywy środowisk pracowniczych, które dziś – przede wszystkim w sektorze prywatnym – są słabe i zatomizowane. Niezwykle istotne jest także zaangażowanie szeroko pojmowanej inteligencji, która od dłuższego czasu stara się za wszelką cenę unikać życia publicznego i polityki. Właśnie te środowiska muszą podjąć trud budowy nowoczesnego społeczeństwa opartego na wiedzy, które będzie w stanie dokonywać świadomych i rozważnych wyborów. Właśnie te środowiska muszą wyedukować i wypromować wrażliwe społecznie elity polityczne, po to, aby „socjaldemokraci” nie mówili już więcej: rynek się nie myli, rynek ponad wszystko.

Coś się w Polsce zmienia: na księgarskich półkach pojawiło się kilka głośnych książek krytykujących neoliberalny porządek świata, dla którego rzekomo „nie ma żadnej alternatywy”, a w wielu środowiskach dojrzewa myśl, że rozpad formacji „postkomunistycznej” sprzyja budowie autentycznej lewicy. Czy skończy się tylko na kawiarnianych dyskusjach? (Trybuna)

Szymon Szewrański: Ekologicznie znaczy nowocześnie

top^

Sprzeciwianie się niekorzystnym zjawiskom społecznym, gospodarczym i ekologicznym nie jest przejawem „archaicznego konserwatyzmu”, lecz troską o jakość życia ludzi dziś i w przyszłości. Formułowanie politycznych projektów mających im zapobiegać jest przejawem nowoczesnego progresywizmu, natomiast bezkrytyczna akceptacja status quo stanowi postawę konserwatywną.

Tymczasem Janusz A. Majcherek stawia tezę („Zacofana prawica, archaiczna lewica” Rzeczpospolita, 21.12.2005), iż lewica, która jest „staroświecka i retrospektywna” za wszelką cenę próbuje sprzeciwiać się nowoczesności. Autor wątpi, czy idee szerzone dotychczas przez lewicę „rzeczywiście niosły postęp i rozwój, czy raczej powodowały zapóźnienie”. W nurtach lewicowych upatruje on siły walczącej „z naporem nowoczesności”, który to jakoby mają reprezentować takie osiągnięcia cywilizacyjne jak hipermarkety, mulitikorporacje, genetycznie modyfikowana żywność (GMO) czy tarcza antyrakietowa. W zasadzie większość elementów otaczającej nas rzeczywistości to potencjalny cel dla archaicznej lewicy, zdominowanej przez nurt ekologiczny, dla którego „ideałem jest chłop obrabiający motyką nienawożoną ziemię oraz rzemieślnik uprawiający rękodzieło z naturalnych surowców przez owego chłopa dostarczanych furmanką”. W tym miejscu Majcherek przesadził... Za absurdalną należy uznać wzmiankę dotyczącą „starego kultu natury” (?!), którego wyrazicielem jest jakoby „cały nurt ekologiczny”, zaś twierdzenia, iż lewicowi ekolodzy negują znaczenie nowoczesnych technologii oraz przeciwstawiają się rozwojowi i modernizacji ocenić co najmniej jako nieodpowiedzialne i dalekie od rzeczywistości.

Nowoczesna lewica jest tym środowiskiem politycznym, które pierwsze zrozumiało istotę koncepcji zrównoważonego rozwoju, zapewniającego ład społeczny, gospodarczy i środowiskowy. Dla środowisk ekologicznych integralną częścią rozwoju jest poczucie odpowiedzialności za los i dobrobyt przyszłych pokoleń.

Dyskusyjny w artykule Majcherka jest głównie wymiar nowoczesności, którą się tak zachwyca. Za archaiczne (bo wspierane przez ekologów) uważa on tradycyjne formy rolnictwa stojące niby na drodze nowoczesnym metodom produkcji rolnej, opartym m.in. na genetycznie modyfikowanych organizmach. Miejmy nadzieję, że autor za nowoczesne nie uważa intensywnej uprawy ziemi wykonywanej ciężkim sprzętem agrotechnicznym, który niszczy strukturę gleby, pogarsza jej zdolności retencyjne, zmniejsza odporność na erozję etc. Czy równie nowoczesna jest dla niego produkcja oparta na kilkusetkilogramowych dawkach nawozów azotowych na hektar upraw, która w konsekwencji nieuchronnie prowadzi do degradacji wód powierzchniowych i podziemnych nadmierną koncentracją azotanów? A może prawdziwą nowinką, jest bezkrytyczne stosowanie chemikaliów i pestycydów w produkcji żywności, których nadmiar prowadzi do zatrucia gleb i wyłączenia ich z produkcji ekosystemowej. Warto jednak pamiętać, że gleba jest zasobem naturalnym, absolutnie niezbędnym do produkcji żywności. Gleba nie powstaje z dnia na dzień, toteż racjonalne korzystanie z niej dziś, może być dla przyszłych pokoleń zbawienne i niezbędne do przetrwania. Choć z drugiej strony jak nowoczesność to nowoczesność - rośliny dokarmiane syntetykami, mogą rosnąć na sztucznym podłożu. Podobnie produkcja mięsa nie musi odbywać się w naturalny sposób. Zakłady przemysłowego tuczu dostarczą każdą potrzebną partię towaru, byleby na tym zarobić. Tyle, że żywność produkowana takimi metodami nie przyczyni się specjalnie do poprawy jakości życia i zdrowia konsumentów. Autor upatruje również nowoczesności w organizmach modyfikowanych genetycznie. Może i GMO autentycznie stanowią przyszłość (osobiście w to wątpię), niemniej wyraźnie należy podkreślić, iż blokowanie upowszechniania upraw GMO jest głównie działaniem mającym na celu zachowanie tzw. „zasady przezorności” w stosunku do przedsięwzięć, których efekt środowiskowy nie jest do końca poznany - gdyby taka zasada znalazła już wcześniej zastosowanie nie mielibyśmy problemu DDT czy PCB.

Rozwinięte kraje europejskie dawno zrozumiały, że „nowoczesna” gospodarka rolna prowadzona w opisany powyżej sposób, nie przysłuży się ani środowisku naturalnemu, ani zdrowiu społeczeństwa, ani też bezpieczeństwu ekologicznemu przyszłych pokoleń. Stąd też wymyślono w ramach Wspólnej Polityki Rolnej systemy wsparcia finansowego dla gospodarstw ekologicznych, opracowano dopłaty do działań rolnośrodowiskowych, prowadzących do ekstensyfikacji rolnictwa na obszarach cennych przyrodniczo, upowszechniono model odnowionej, wielofunkcjonalnej wsi, w której tradycyjne metody produkcji stanowią istotny element ładu społeczno-gospodarczego.

W przedstawionym kontekście, nazywanie środowisk i projektów politycznych promujących troskę o środowisko jako archaiczne i stojące w opozycji do nowoczesności jest śmieszne i nieuzasadnione. Prawdziwym bowiem wyrazem postawy nowoczesnej jest branie odpowiedzialności za losy przyszłych pokoleń.

Lewica zrozumiała, że zasoby naturalne jak i przestrzeń ekologiczna mają swoje ograniczenia, zaakceptowała potrzebę sprawiedliwego rozwoju globalnego i równego dostępu do zasobów, zrozumiała wreszcie, że nadmierna konsumpcja i niekontrolowana produkcja prowadzą ostatecznie do pogorszenia stanu środowiska bytowego i samej jakości życia. Wymienione założenia są fundamentem paradygmatu stałego i zrównoważonego rozwoju, koncepcji akceptowanej przez większość krajów świata. To, że są to tezy spójne z programami lewicowymi, tylko dobrze świadczy o zasadności tychże programów.

Redaktor Majcherek zapewne doskonale zdaje sobie sprawę (ale jakby nie chce pamiętać) że dzisiejszą systemową ochronę środowiska, w większości rozwiniętych krajów świata, zawdzięcza się ruchom ekologicznym. To one poprzez protesty i akcje bezpośrednie zwracały uwagę na nieprawidłowości w gospodarowaniu zasobami naturalnymi, to one pierwsze pogłębiały świadomość ekologiczną społeczeństw, to one wywierały presje na rządy i przedsiębiorstwa. Zadeklarowanych ekologów trudno upatrywać wśród środowisk prawicowych i konserwatywnych. Praca na rzecz środowiska, to praca dla dobra całego społeczeństwa - po to aby wszystkim żyło się lepiej i bezpieczniej, redaktorowi Majcherkowi również.

Choć dla wielu osób kształtujących przestrzeń publiczną w Polsce - decydentów, dziennikarzy, naukowców - ruchy ekologiczne już dawno przestały być zbiorowiskiem oszołomów i wariatów, to jednak ich aktywiści są w dalszym ciągu nierzadko ośmieszani, wyszydzani, traktowani jak nieodpowiedzialni zadymiarze. Polskie organizacje ekologiczne niejednokrotnie udowodniły, że są wartościowym i pełnoprawnym uczestnikiem życia społeczno-gospodarczego. GREENPEACE początkowo także postrzegano w kategoriach awanturników i przestępców, ale właśnie tej organizacji zawdzięczamy to, że na świecie wciąż jeszcze istnieją wieloryby. Zrozumienie sensu działania ruchów ekologicznych, wiązało się z poznaniem istoty przesłanek, którymi się one kierują. Wymagało to odrobiny wysiłku i pewnego czasu. Niestety redaktor Majcherek czas ten zdecydowanie wolał przespać (Trybuna).

Szymon Szewrański: Więcej demokracji, więcej integracji!

top^

W ostatnich tygodniach Europejczycy dali wyraźnie do zrozumienia, że to ludzie są główną siłą napędową integracji europejskiej, że projekt jednoczenia Europy nie powiedzie się, jeśli nie będzie inspirowany wolą samych obywateli, że przyszłości Unii nie można budować ponad głowami społeczeństwa i wbrew jego woli. Narody od lat głoszące solidarność, tolerancję, wolność i równość wypowiedziały NIE dla „deficytu demokracji", dla demontażu państwa opiekuńczego, dla arogancji salonów politycznych. Rozgoryczone i niezadowolone społeczności wyraziły się jasno: „nic o nas bez nas, już czas, aby europejskie elity polityczne zaczęły się kierować naszymi rzeczywistym potrzebami, aby słuchały naszych opinii”.

Duża część społeczeństwa europejskiego przeciwstawia się dalszemu procesowi powiększania granic Wspólnoty wskazując na negatywne skutki ostatniego rozszerzenia Unii. Niestety, podczas gorącej i pełnej sporów debaty politycznej, ujawniło się mnóstwo, dotychczas uśpionych, narodowych lęków i szowinizmów. Niesprawiedliwie i zbyt łatwo oskarżono polskich hydraulików i nielegalnych emigrantów - przypisując im odpowiedzialność za skutki delokalizacji, bezrobocia czy recesji gospodarczej. Emocje podpowiadały najprostsze rozwiązania. Historia Europy zna mnóstwo takich „dróg na skróty" - one nigdy nie przyniosły niczego dobrego.

Integracja europejska jest wielkim i trudnym zadaniem, którego celem jest pogrzebanie na zawsze nienawiści, nietolerancji, narodowych szowinizmów, jakie przez wielolecia były przyczyną konfliktów i wojen na kontynencie. To zadanie zbyt złożone i odpowiedzialne aby przeprowadzać je wyłącznie w wąskim gronie ekspertów i negocjatorów rządowych. Europę muszą jednoczyć sami Europejczycy. Konieczny jest większy udział obywateli w podejmowaniu decyzji. Potrzeba więcej demokracji. Tylko silny głos społeczeństwa i kompromisy osiągane na drodze powszechnego dialogu mogą sprawić, że referenda staną się okazjami do świętami kolejnych etapów integracji, a przestaną być źródłem trosk i zakłopotania elit władzy.

Uczestnicząca demokracja pozwala budować więzi społeczne, pozwala tworzyć wspólną europejską odpowiedzialność. Obywatele muszą mieć możliwość częstszego wypowiadania się w kwestiach dla nich kluczowych, muszą mieć realny wpływ na decyzje podejmowane w ich imieniu. Europa budowana przeciw woli społeczeństw, nigdy prawdziwie się nie zjednoczy. Nigdy nie uzyska powszechnej akceptacji. Niezrozumiała, obca i zbyt biurokratyczna będzie kojarzona jest z czymś wrogim, czymś co zagraża bezpieczeństwu socjalnemu i lokalnym rynkom pracy. Jest to oczywiście nieprawda. Jean Monnet jeden z ojców Zjednoczonej Europy mawiał ponoć: "jeśli masz problem którego nie potrafisz rozwiązać, umieść go w szerszym kontekście".

Obecnie źródła problemów społeczno-gospodarczych tkwią w przestrzenni globalnej i nie można im sprostać bez globalnych regulacji. Niestety populiści i naciągacze polityczni skutecznie wykorzystują lęki europejczyków, oferując łatwe rozwiązania. Dla tych ludzi nie liczy się paneuropejski projekt budowany na wzajemnym szacunku, tolerancji, solidarności, którego celem jest zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa oraz długotrwały i zrównoważony rozwój kontynentu. Najważniejsze są natomiast własny interes partyjny i chwilowy sukces wyborczy. Dla nich są skłonni straszyć, grozić, hamować i destabilizować proces integracji europejskiej. A ona przecież tak naprawdę dopiero się rozpoczęła.

Wielki, trwający od pół wieku, projekt budowania wspólnej przestrzeni gospodarczej jest tylko wstępem do daleko ważniejszej integracji politycznej, do budowania wspólnej polityki bezpieczeństwa, do realnego oddziaływania na społeczność międzynarodową. Europejski model opiekuńczy jest dla wielu społeczeństw atrakcyjną alternatywą - stabilność socjalna, edukacja, rozwój społeczny, bezpieczeństwo zdrowotne i ekologiczne to wartości, które nie mogą przegrać. Europa musi w to uwierzyć, musi o nich powiedzieć światu. Europa może być nadzieją na lepsze jutro dla biednego Południa, może przynieść demokrację dla Bliskiego Wschodu.

Aby to było możliwe Unia musi się zintegrować politycznie i zacząć mówić jednogłośnie. Głosem, który skutecznie zainicjuje reformy globalne oraz wypromuje długotrwały i zrównoważony rozwój społeczno-gospodarczy na świecie. Integracja polityczna ma umocnić powszechne poczucie bezpieczeństwa na całym kontynencie, bo zbyt wiele jest w Europie mostów, takich jak ten w kosovskiej Mitrovicy. Pokój jest wartością nadrzędną. Jest pierwotnym celem integracji gospodarczej. Nie wolno o tym zapominać. Europa potrzebuje przywódców, którzy będą o tym pamiętać. Dla ludzi na Bałkanach nadzieja na rozszerzenie Unii to przede wszystkim gwarancja, że nie doświadczą już krwawych konfliktów, a nie kwoty mleczne, rabat brytyjski czy limity połowowe.

Nie żyjemy w idealnym świecie. Idealny, na miarę naszych marzeń, świat trzeba sobie dopiero zbudować. Ten dzisiejszy wciąż pełen jest nienawiści, nie wyrównanych krzywd, szowinizmów i nietolerancji zrodzonych w równiej mierze z frustracji i bezradności wobec wyzwań współczesności, co z głupoty i prymitywności. Europa musi się uwolnić od polowań na czarownice, od kryształowych nocy, od rasizmu, od homofonii, od każdej formy dyskryminacji. W XXI wieku największymi wrogami Europejczyków, wciąż pozostają sami Europejczycy. Pokonać przeciwnika można tylko w jeden sposób – musi uwierzyć w ideę integracji i zjednoczenia.

Przyszłość Europy wymaga nieustannej krytycznej debaty i wielu kompromisów. Wierzę, że jako europejska socjaldemokracja możemy tę dyskusję rozpocząć. Bądźmy aktywni. Budujmy własną wizję Wspólnoty. Przekonujmy obywateli. Europa potrzebuje polityków którzy nie wstydzą się marzyć. Europa potrzebuje społeczeństwa, które będzie chciało ich marzenia realizować. (Wrocław 19-06-2005)

Michał Syska: Archaiczne państwo PiS, LPR i Leppera

top^

Podpisanie paktu stabilizacyjnego przez PiS, LPR i Samoobronę nie zaskakuje. To konsekwencja taktyki Jarosława Kaczyńskiego, zbieżności programowej tych trzech formacji oraz nastrojów większej części polskiego społeczeństwa.

Podczas czwartkowej konferencji prasowej z udziałem sygnatariuszy paktu patos mieszał się z groteską. Żałosne były zwłaszcza pełne buty i tryumfu przemówienia Romana Giertycha i Andrzeja Leppera, którzy kilka chwil wcześniej podpisali tak naprawdę akt własnej kapitulacji wobec Jarosława Kaczyńskiego, oddając PiS rząd dusz nad własnymi elektoratami. Zrealizowano kolejny etap budowy silnej formacji konserwatywno-narodowej. Podkreślenie doniosłej roli ojca Tadeusza Rydzyka przy zawieraniu paktu zapewni z kolei Jarosławowi Kaczyńskiemu poparcie słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam. Wiadomo bowiem, że w przypadku przyspieszonych wyborów - a tych wykluczyć nie można - które charakteryzować się będą niską frekwencją, o sukcesie zadecydują zdyscyplinowane elektoraty.

Realizacja założeń paktu stabilizacyjnego będzie oznaczać nie tylko tryumf taktycznych zagrywek Jarosława Kaczyńskiego, ale przede wszystkim wprowadzenie w życie wspólnej dla PiS, LPR i Samoobrony wizji stosunków społecznych, którą nakreśliły konserwatywne i narodowe ideologie z przełomu XIX i XX wieku. Ten archaiczny model państwa i społeczeństwa opiera się na ładzie, którego zasady określane są przez religię i tradycję.

Rozbudowane instytucje władzy państwowej mają zapewnić bezpieczeństwo członkom narodowej wspólnoty w obliczu wrogów owego porządku. Silna pozycja państwa nie podważa rynkowych zasad funkcjonowania gospodarki i zasady nienaruszalności własności prywatnej. Tworzące się w wyniku rynkowej konkurencji nierówności społeczne nie stanowią zarzewia konfliktów, państwo bowiem dba, aby wszyscy czuli się - niezależnie od statusu majątkowego - pełnoprawnymi członkami wspólnoty narodowej. Uznanie własnego narodu za najwyższą wartość każe kierować się w polityce zagranicznej zasadą narodowego egoizmu i zdecydowanie sprzeciwiać się wszelkim przejawom "antypolonizmu".

Taka wizja państwa i życia społecznego zdaje się atrakcyjna dla sporej grupy mieszkańców naszego kraju, która nie znalazła się wśród beneficjentów transformacji ustrojowej. Neoliberalne przemiany spowodowały brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji wśród tych, którzy nie okazali się wystarczająco "zaradni", "przedsiębiorczy" lub "nowocześni". Rynkowa konkurencja opanowująca kolejne dziedziny ludzkiej aktywności doprowadziła do społecznej atomizacji i zaniku więzi wspólnotowych. Do tych zagubionych, sfrustrowanych i spauperyzowanych grup trafia retoryka PiS i jego sojuszników.

Prawica nie proponuje jednak programu, który zapobiegałby trwałemu wykluczeniu i gwarantowałby równość szans życiowych, lecz chce likwidować "układ", który według Jarosława Kaczyńskiego zagarnia sporą część dochodu narodowego. Zwalczanie "agentów", "aferzystów" i "komunistów", którzy kontrolują gospodarkę, ma przynieść poprawę jakości życia gorzej sytuowanym grupom społecznym. Do tego potrzebne są silne państwo i ograniczenie niektórych form demokracji, które w ostatnich latach przyczyniły się do rozwoju patologicznych zjawisk w gospodarce oraz tolerowały zjawiska obyczajowe zagrażające ładowi moralnemu, na którym oparta jest wspólnota narodowa.

Czy na polskiej scenie politycznej znajdzie się taka formacja polityczna, która przeciwstawi modelowi konserwatywno-narodowemu alternatywną wizję Polski?

Kreowana przez wielu publicystów na główną siłę opozycyjną Platforma Obywatelska nie jest w stanie podołać temu zadaniu. Formacja ta jest zbyt podobna w założeniach ideowych do PiS. W kwestiach praw obywatelskich, stosunku do politycznej integracji Unii Europejskiej, lustracji i dekomunizacji, a także gospodarki (propozycje podatkowe PiS i PO wbrew pozorom niewiele się od siebie różnią) obie partie stoją po tej samej stronie barykady. Sam Donald Tusk przyznaje, że jedyną znaczącą różnicą między jego partią a formacją braci Kaczyńskich jest stosunek do zakresu działania instytucji państwowych w poszczególnych sferach życia publicznego.

Pozostaje więc lewica, która w obliczu ideologicznej ofensywy prawicy może się na nowo zdefiniować i stać się znaczącym aktorem na scenie politycznej. Musi ona już dziś tworzyć wokół siebie obywatelski front sprzeciwu wobec łamania praw obywatelskich i ograniczania demokracji. Najważniejszym zadaniem będzie jednak odebranie prawicy rządu dusz wśród biedniejszej części społeczeństwa. Lewica musi pamiętać, że to nierówności społeczne i związane z nimi frustracje są przyczyną akceptacji autorytaryzmu, ksenofobii i nietolerancji przez wielu Polaków.

Systemowe przeciwdziałanie nadmiernym nierównościom i zapewnienie jak najszerszego dostępu do usług publicznych to sposób na budowanie prawdziwie obywatelskiego społeczeństwa, które akceptuje reguły liberalnej demokracji. Ludzi żyjących w poczuciu bezpieczeństwa socjalnego o wiele trudniej straszyć wyimaginowanymi zagrożeniami (zbrodniarze, mniejszości narodowe, homoseksualiści) i przekonać do ograniczenia wolności w imię walki z nimi.

Zygmunt Bauman pisze: "Globalizacja kapitału i handlu, znoszenie lokalnych ograniczeń w swobodnym przepływie kapitału i wynikająca z tych faktów eksterytorialność głównych sił gospodarczych sprawiają, że pojęcie 'państwa opiekuńczego w granicach jednego kraju' okazuje się wewnętrznie sprzeczne". Dlatego lewica musi wyjść poza logikę państwa narodowego, w której chce nas zamknąć PiS do spółki z LPR i Samoobroną. Kolejnym polem konfrontacji powinny stać się więc kwestia politycznej integracji UE i przeciwstawienie się prawicy w jej próbach budowy tożsamości narodowej w opozycji do rodzącej się tożsamości europejskiej.

Prawdopodobnie największym osiągnięciem politycznym Jarosława Kaczyńskiego będzie doprowadzenie do powstania w Polsce nowoczesnej formacji lewicowej, która przedstawi atrakcyjną wizję Polski z marzeń Jacka Kuronia i skutecznie przeciwstawi ją modelowi państwa z pragnień ojca Rydzyka. Dlatego warto dziś trzymać za Kaczyńskiego kciuki.

Gazeta Wyborcza 06.02.2006

Artur Hebda - O Polskę socjalistyczną

top^

Bardzo ciekawa debata na łamach „TRYBUNY" o przyszłości SLD dotyczy w moim przekonaniu nie tylko samego Sojuszu, ale tak naprawdę wizji lewicy w XXI wieku, którą powinna realizować także nasza partia.

Wiele środowisk prawicowych stara się w mediach utrwalić pogląd, że SLD jest partią neoliberalną. W sukurs przychodzi im część środowisk lewicy nie chcących dostrzec faktu wielokrotnego odcinania się, także na łamach „TRYBUNY", Wojciecha Olejniczaka od liberalnej etykietki. Moim zdaniem, w debacie o SLD i lewicy musimy przestać się licytować, kto jest bardziej lewicowy a kto mniej, kto ma lepsze pochodzenie lewicowe a kto gorsze.

Przed polską lewicą stoi bardzo poważne wyzwanie wyraźnego ustosunkowania się do otaczającej nas rzeczywistości społecznej, gospodarczej, politycznej i w oparciu o tę diagnozę odpowiedzenie na pytanie, w jakim państwie chcemy żyć i jak możemy je zbudować. To jest debata ideowo-programowa, która określi byt polskiej lewicy na najbliższe kilkanaście, albo i więcej, lat. Tak jak to nastąpiło w styczniu 1990 roku, gdy ze sporów programowych i ideowych wyłoniła się Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej.

W tej debacie nie możemy zapominać o Europie. Dziś nie wystarczy tylko głosić, że chcemy być członkiem Unii Europejskiej. Czas podjąć rozmowę, o jakiej Europie myślimy i jak ją chcemy tworzyć. Ta dyskusja wśród naszych europejskich towarzyszy już trwa, a polska lewica dość słabo i nieporadnie artykułuje w niej swoje zdanie. Bez rozmowy o socjalnej czy socjalistycznej Unii Europejskiej, nie odbędziemy rzetelnej dyskusji o socjalnej czy też socjalistycznej Polsce.

Projekt Konstytucji Programowej SLD „Państwo socjalne i demokratyczne," w mojej ocenie, świetnie oddaje ducha debaty, jakiej oczekują nasi dwaj liderzy. Dotychczas kierownictwo Sojuszu tworzyło wiele ciekawych i dobrych programów wyborczych, ale program wyborczy to nie to samo, co deklaracja ideowa, która jest busolą wskazującą odległy cel, plan maksimum, o którym wspominał prof. Adam Schaff.

Dziś lewica musi wyznaczyć program maksimum. Moim zdaniem jest nim wizja socjalnej, czy, jak powiedzą inni odważniej, socjalistycznej Polski i Europy.

Wybory prezydenckie w USA, jak i wybory w Polsce pokazały, że kres polityki w kwestii światopoglądu, symboliki ideowej nie nastąpił i nic nie wskazuje, że nastąpi. Partie pragmatyczne istnieją tylko w neokolonialnych państwach. Gdzie - jak pisze Silvia Federici - elity miejscowe w zamian za pomoc w kontroli swoich społeczeństw wyprzedają zasoby społeczne i państwowe elitom krajów silniejszych i dominujących.

Neoliberalizm, wykreowany w języku propagandowym przez Thatcher i Reagana, pozostaje nie udowodnionym dogmatem ekonomicznym, służąc tylko elitom do łupienia swoich własnych społeczeństw i mieszkańców innych państw.

Gdyby nasi negocjatorzy z Unią, jak i nasi rolnicy, słuchali zbawiennych neoliberalnych bredni prof. Balcerowicza, dotyczących rynku rolnego, to dziś nasi rolnicy i nasz sektor przemysłu spożywczego nie czerpałby żadnych profitów ze wstąpienia do Unii, ponieważ byłby w takiej samej sytuacji, jak polskie górnictwo, banki i inne działy gospodarki, które przeżyły, jak pisze prof. Kołodko, „szok bez terapii".

Współczesna Lewica musi postawić stanowczy odpór neoliberalnej, kapitalistycznej ofensywie, która niszczy państwo, społeczeństwo, rodzinę, gospodarkę i środowisko.

Musimy uwolnić się od dogmatu wolnego rynku, bo go po prostu nigdy nie było, nie ma go nigdzie i nigdy nie będzie. Ci, którzy go głoszą, tak naprawdę budują rynek nie wolny, ale taki, w którym oni mają zagwarantowane zwycięstwo.

Wolny rynek może być tylko tworzony poprzez społeczną kontrolę i gwarancje przestrzegania ustanowionych norm. W tym układzie celem jest rozwój społeczny, rynek zaś pozostaje tylko narzędziem.

Musimy podjąć debatę na temat demokracji. Życie społeczne, jak i język wiecznie się zmieniają - czym innym była demokracja ateńska, czym innym parlamentaryzm w XVIII, XIX czy XX wieku. Czy możemy mówić o budowie społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznego, jeśli w kraju będą istnieć niedemokratyczne sfery działalności społecznej człowieka? Czy korporacje nie są totalitaryzmem XXI wieku, czy nie dokonują zamachu, w imię dogmatu zysku (!), na wolności obywatelskie i osobiste, wolności ekonomiczne, prawo do życia w czystym i bezpiecznym środowisku?

Musimy wyzwolić się z poczucia, że każdy, kto krytykuje kapitalistyczno-liberalny system społeczny, jest jakimś tępakiem, niedoukiem ekonomicznym czy populistą.

Ekonomia bowiem nie jest prawdą objawioną, ani przedmiotem ścisłym, nie ma ekonomii czerwonej i czarnej. Nieprawdą jest, że rządy prawicowe wypracowują bogactwo, które rozdają potem rządy lewicowe.

Wśród ekonomistów jest tyle przeciwstawnych teorii, że nie możemy przyjąć dogmatów neoliberalnych jako prawd objawionych. Prawo popytu i podaży jest takie samo dla lewicy, jak i prawicy.

Dzieli nas kwestia podziału dochodu wypracowywanego przez obywateli i prawo dostępu do możliwości wypracowywania go. SLD nie broni Balcerowicza i jego neoliberalnych dogmatów - SLD broni reguł demokracji i państwa prawa.

Musimy rozmawiać o tym, czym jest dziś pojęcie pracy. Jaki jest jej sens i cel w życiu i rozwoju, tak jednostki, jak i społeczeństwa.

Błędnym założeniem jest, że dziś nie ma klasy robotniczej, klasa robotnicza istnieje, tak w państwach najlepiej rozwiniętych gospodarczo, zmieniając swoją wizualizację, jak i w państwach półperyferyjnych i peryferyjnych, gdzie wygląda tak samo, jak wyglądała w Europie w XIX wieku. Klasa robotnicza półperyferii i peryferii wypracowuje dochód i bogactwo dla firm, które mają swoje siedziby w krajach najlepiej rozwiniętych.

Musimy się uwolnić od bajki, że dziś jesteśmy społeczeństwem informacji, a nie kapitału. Takie stawianie sprawy, to po prostu bzdura. Informacja miała, ma i będzie mieć takie samo znaczenie w ludzkich dziejach, zmieniają się tylko formy jej przesyłania i przetwarzania - jednak monopol wiedzy i informacji zawsze dawał i daje elitom władzy przewagę nad tymi, którzy jej nie posiadali. Tak było, kiedy zaćmieniem słońca straszyli kapłani w czasach faraonów.

Lewica nie może bronić tylko wolności światopoglądowych i twierdzić, że gospodarka sama się zorganizuje jeśli państwo się z niej wycofa.

Nie możemy zakładać, że działalność charytatywna rozwiąże problemy społeczne. Obywatel nie powinien czekać na czyjąś filantropię, żyjąc w poczuciu winy nieproduktywnego darmozjada. Powinien mieć możliwość godnego życia, rozwoju, wypoczynku - ze swojej pracy godziwie opłaconej. Musi mieć poczucie, że kiedy w trudnej, niezawinionej sytuacji życiowej zwróci się o pomoc do swojej społeczności i państwa, to ją otrzyma. Kiedyś bowiem jego praca dawała możliwość pomocy innym.

Naszym zadaniem nie jest akceptowanie niesprawiedliwości otaczającego nas świata, ale świadoma i celowa walka z tą niesprawiedliwością.

Same programy wyborcze bez ideowej świadomości niewiele znaczą. Nie zrealizują ich ludzie nieświadomi, ludzie bezideowi, których motorem działania jest tylko półrocze albo czteroletnia kadencja.

Lewica nie może pozwolić na odbieranie zdobyczy uzyskanych poprzez postęp naukowy i społeczny. Nie możemy cofać się w rozwoju społecznym, nie możemy pozwolić na powrót niewolnictwa, 12-godzinnego czasu pracy, braku solidaryzmu społecznego, odebrania prawa do bezpłatnej nauki, która nie jest przecież za darmo! Za wiedzę, którą otrzymuje młody człowiek w szkole, przyjdzie mu płacić całe życie, pracując i działając dla dobra społecznego rozwoju i dla przyszłych pokoleń, dla swoich dzieci i wnuków, tak, jak jego dziadowie i ojcowie pracowali, aby on mógł korzystać z bezpieczeństwa, edukacji i medycyny.

Nie możemy dać wmówić sobie przez przedstawicieli kapitału, że tylko oni mają prawo do zysku, bo bez zysku ich działanie nie ma sensu. Tak, jak ich działanie nie ma sensu bez zysku, tak samo praca nie ma sensu, jeśli jej wykonanie nie pozwala wydobyć się z nędzy i polepszyć swojego poziomu życia.

Nie możemy pozwalać na to, żeby przy wzroście wydajności pracy podnosiło się wiek emerytalny, wydłużało godziny pracy, obniżało płace bezpośrednie, jak i środki przeznaczane na opiekę społeczną.

Nie możemy pozwolić głosić bredni, że należy ciągle ograniczać środki na opiekę społeczną, prywatyzować te świadczenia i kazać obywatelom za nie płacić, bez podnoszenia im wynagrodzenia. Czy stanem normalnym jest sytuacja, że dziś obywatele pożyczają pieniądze, nawet na święta, aby nakryć do stołu, kiedy jednocześnie uczciwie i wydajnie wykonują pracę dla swoich pracodawców?

Czy normalne i zdrowe dla społeczeństwa, dla rozwoju gospodarczego, postępu społecznego jest to, że jedni zaczynają gromadzić coraz większy kapitał a inni, mimo pracy, wydajnej i zyskownej, muszą się coraz bardziej zadłużać?

Musimy, jako lewica, zająć jasne i przejrzyste stanowisko wobec systemu bankowego, który funkcjonuje w naszym kraju, a który jest tak samo wrogi wobec naszych przedsiębiorców, jak i wobec zwykłych klientów. Obecny system koncentruje się na zaspakajaniu nieograniczonego łaknienia zysków akcjonariuszy bankowych, a nie na rozwoju i wspieraniu polskich przedsiębiorstw. Przebudowując polski system bankowy korzystaliśmy z rad, których nasi doradcy w swoich własnych krajach nie stosują!.

Nie możemy pozwalać, aby prywatna własność środków produkcji była uprzywilejowana wobec takiej samej własności państwowej, komunalnej, czy spółdzielczej.

Myślę, że obecne kierownictwo SLD ma świadomość istniejących problemów i wyzwań, dlatego nie szukajmy między nami różnic, debatujmy i szukajmy ludzi, którzy postrzegają świat i jego problemy tak, jak my, szukajmy tego, co nas wszystkich może łączyć. Wtedy będziemy mogli poprowadzić lewicę do zwycięstwa i budować socjalną, czy jak mówią odważniejsi, socjalistyczną Polskę i Europę. /Trybuna/

Artur Hebda:  Socjaldemokracja zdechła

top^

Socjaldemokracja zdechła. Jej agonia trwała ponad 100 lat i jak przed każdym zgonem miała pozorną poprawę stanu zdrowia. Jej zgon okazał się także tragiczny dla Towarzyszy z Bloku Wschodniego, którzy w swojej krótkowzroczności i historycznej naiwności zagubieni ideologicznie po 1989 r. rzucili się na dogorywające ciało Zachodniej Socjaldemokracji w nadziei, że tam odnajdą zbawienie ideologiczne i życiowe. Nie zauważyli, że koniec świata, jaki znali i w jakim żyli, był bezpośrednio związany z końcem świata, jakiego nie znali – keynowskim konsensusem miedzy pracą a kapitałem. Konsensus ten królowa na Zachodzie od czasów Breton Woods do czasów R. Reagana i M. Thatcher.

            Rozłam programowy w międzynarodowym ruchu robotniczym w II Międzynarodówce jak i podział Europy na zachodnią te, która zaznała „dobra” wolnego parlamentaryzmu i wschodnią gdzie carska Ochrana dławiła przejawy wszelkiej robotniczej aktywności, spowodował, że w krajach Europy Zachodniej prym zaczął odgrywać nurt ruchu robotniczego nazwany socjaldemokracją - odrzucający rewolucyjną walkę o zmianę systemu społecznego, której czołowym ideologiem został Eduard Bernstein.

            Krwawe wydarzenia Wiosny Ludów przeraziły tak elity konserwatywne jak i liberalne Europy otwierając drogę do długiego marszu na prawo i jednoczenia ruchów liberalnych i konserwatywnych. Ideologiczny skręt liberałów na prawo a właściwie burżuazji był o tyle łatwy, że wspólnym wrogiem dawnych przed napoleońskich elit Europy jak i nowych kapitalistycznych stał się robotnik – nowy cel wyzysku.

            Bernstein w swoim założeniu, że na drodze walki parlamentarnej da się doprowadzić do zmian ustrojowych nie zauważył, reakcji elit na Wiosnę Ludów. Działanie burżuazji, która stawała się coraz bardziej konserwatywna zostały ukierunkowane na 3 zagadnienia. Jak pisze Immanuel Wallerstein międzynarodowemu ruchowi robotniczemu rzucono na przynętę; nacjonalizm, prawa wyborcze, i podstawy ochrony socjalnej aby zapobiec zamianie systemu społecznego który pozbawił by burżuazje władzy nad niższymi klasami społecznymi.

            Najlepiej to widać w działaniach SPD, która w pod wpływem ideologii Bernsteina zaczyna uczestniczyć w rządzeniu zjednoczonymi Niemcami. Już I Wojna Świtowa pokazała słuszność podjętych przez elity burżuazyjne działań wobec międzynarodowego ruchu robotniczego. Partie lewicowe zarażone ideą nacjonalizmu, interesu narodowego poparły zbrojenia rządów burżuazyjnych i zachłyśnięte wojenną propagandą poparły swoje rządy wysyłając miliony robotników na fronty I Wojny Światowej w interesie kapitalizmu.

            1959 rok przyniósł kolejny przełom ideologiczny w zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, która na kongresie SPD w Bad Godesberg uchwaliła koniec walki z kapitalizmem. Od tego momentu porzucono całkowicie ideologie marksistowską akceptując kapitalizm jako system społeczno-gospodarczy zanim jeszcze niejaki pracownik administracji waszyngtońskiej Francis Fukuyama napisał blisko 50 lat później swoją propagandową książkę „Koniec historii” (idea ta zdechła szybciej niż socjaldemokracja), w której będzie ogłaszał wyższość neoliberalnego kapitalizmu w ramach burżuazyjnej „demokracji” parlamentarnej nad innymi formami społeczno-gospodarczymi.

            Socjaldemokracja na Zachodzie przerażona stalinowskim totalitaryzmem, wspomnieniami ledwo zakończonej hekatomby II Wojny Światowej i uwiedziona sukcesami gospodarczymi konsensusu Breton Woods nie potrafiła się doszukać prawdziwych przyczyn ustępstw kapitalizmu i burżuazji przed ruchem związkowym i robotniczym w Europie i Ameryce Północnej. Wyrzekając się walki z systemem reprezentującym interesy elit kapitalistycznych, wchodząc w system administracyjny, polityczny a także gospodarczy zaczęły się same korumpować i po chwili bronić swoich własnych biurokratycznych interesów stając w opozycji do swojego zaplecza pracowniczego. Wyrzekając się podstaw ideologiczno - filozoficznych zaczęła poszukiwać nowych form intelektualnego legitymizowania swojego bytu politycznego i skręcać w kierunku dogmatów prawicowych.

            Objęcie władzy przez Reagana w USA i Thatcher w Wielkiej Brytanii, otwarło drogę do kapitalistycznej kontrofensywy, wprowadzania neoliberalnych bredni do systemu gospodarczego świata, walki ze związkami zawodowymi, wzmacniania roli wielkich korporacji a wszystko działo się to w duchu walki o prawa człowieka, demokrację i rozwój gospodarczy. Socjaldemokracja, która sam wyrzekła się podstaw ideologicznych stając się ruchem władzy i administracji de facto sługusem kapitalizmu niewidzącym, że znajduje się na łańcuchu międzynarodowej burżuazji – łańcuchu, który zwie się własnością środków produkcji, czyli kapitału. Socjaldemokracja uwierzyła, że nastąpił koniec walki ideologicznej, gdy w tym czasie Reagan i Thatcher postawili w swoim działaniu na dogmat i ideologie, co okazało się prawdziwym pragmatyzmem politycznym a nie bezideowość Socjaldemokracji.

            Upadek Żelaznej Kurtyny i rozpad systemu „realnego socjalizmu” bez żadnej analizy politycznej, gospodarczej i socjologicznej został okrzyknięty szybko jako triumf kapitalizmu nad marksizmem przez propagandystów kapitalizmu. Tym łatwiej można było krzyczeć i udowadniać swoje racje, że kapitalizm rozbudował swoje organa propagandy w postaci PR-u korporacji, wszelkiej masy fundacji stowarzyszeń, które wprzęgnięto w walkę o „rząd dusz”.

            Postkomunistyczna Lewica zakompleksiona ideologicznie, zbiurokratyzowana i odideologizowana w latach 70 i 80 tych jak jej kuzynka Socjaldemokracja, postanowiła się jak najszybciej upodobnić do tej Ostatniej nie widząc, że ta właśnie przeżywa swoje ostanie przedśmiertne konwulsje – Idea Trzeciej Drogi.

            „Czym była owa Trzecia Droga? Nikt nie wiedział. Plasowała się gdzieś między Drugim Przejściem a Czwartym Wymiarem. Choć tak usilnie promował ją Demos, zrodziła się w głowie profesora Anthony’ego Giddensa, jeszcze jednego lewicowca, który zrobił zwrot na prawo, ale nie potrafił się do tego przyznać. ” pisze Francis Wheel w swojej książce „Jak brednie podbiły świta”.

            Tak jak Leszek Miller jako krytyk rządów AWS odwoływał się do walki o praw pracownicze, bezrobotnych i wydziedziczonych tak samo Blair namiętnie krytykował jako lewicowy adwokat rządy konserwatystów Thatcher i Majora wytykając im prywatyzacje, gazu, wody, kolei, elektryczności, walkę ze związkami zawodowymi, grzmiał, że obniżanie podatków dochodowych to najgorsza rzecz. Jednak obaj panowie po odniesieniu zwycięstwa wyborczego i objęciu tek premierów zmienili swoje postrzeganie świata - gloryfikując neoliberalne brednie, wygłaszając je w sposób otwarty lub zawoalowany w postaci nic nieznaczący zlepek rzeczowników z przymiotnikami (np. Blair’owsak gospodarka partnerskich podmiotów, partnerski system ubezpieczeń społecznych, itp.)

            W 1971 roku Richard M. Nixon mówił; „Dziś wszyscy jesteśmy keynesistami”, gdy tymczasem już w 2002 r. Peter Mandelson wypowiedział następujące słowa „Nigdzie na świecie lewica nie przedstawiła poważnego wyznania dla idei Trzeciej Drogi. Trudno się temu dziwić, wszak globalizacja surowo karze kraje, które próbują ignorować realia rynku. W takim ściśle określonym sensie, uznając pilną potrzebę usunięcia hamulców i uelastycznienia kapitału, produktu oraz rynków pracy, wszyscy jesteśmy dziś „thatcherystami”.(1)

            Socjaldemokracja zdechła i jedynie jeszcze smród jej zwłok doprowadzi do kilku klęsk wyborczych Lewicy w Europie albo jak w Niemczech do rządu konserwatystów i widma Socjaldemokracji w postaci, SPD co tylko przedłuży akt pogrzebowy złożenia Socjaldemokracji do trumny i zakopania. Kapitalizm pomnika jej nie wystawi.

            Są tacy, którzy o tym zgonie juz wiedzą i mówią, są Ci, którzy wiedzą, ale nie chcą się z tym pogodzić i są Ci, którzy w swoim myśleniu pozostają w minionej epoce.

            Partie lewicowe przeżywają obecnie kryzys ideologiczny, programowy i co do wyznaczenia sobie celów strategicznych dalszych niż najbliższe wybory samorządowe, parlamentarne czy do europarlamentu. Kryzys ten minie, i Lewica odnajdzie kolejną drogę lub drogi. Słuszną lub znów błędne, przekonają się o tym kolejne pokolenia, ale na pewno nie będzie to idea nic niemówiącej i nic nieznaczącej Nowej Lewicy, której intelektualni piewcy się już pojawiają. Chętnie zmieniając swoje poprzednie stanowiska i wywody intelektualne.

 Prefiks „Neo” nic nam nie przyniesie, jeśli w sposób naukowy nie odważymy się ponownie definiować otaczającego nas świta i odważnie krytykować i podważać jego dzisiejszych dogmatów, jeśli nie wyzwolimy się od neoliberalizmu, który jest tylko programowym dogmatem kapitalizmu a nie żadną naukowo udowodnioną receptą na rozwój gospodarczy społeczeństw i państw. Przejawem prawdziwej lewicowości jest niezgoda na niesprawiedliwość otaczającego nas świata i odwaga przeciwstawiania się „niepodważalnym” prawdom, które to historia już tyle razy podważyła. Zatem kto pierwszy krzyknie, że „król jest nagi”? A może krzyk ten już gdzieś grzmi i trzeba nastawić tylko ucha i chcieć go usłyszeć?

1 – p. Mandelson, There’s Plenty of Life In the „new” Third Way Yet, “The Times”, 10 czerwca 2002 r.

Artur Hebda - Wojna a prawda

top^

             Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Historie piszą zwycięzcy. Pierwszym przegranym każdej wojny jest ta strona, która została zaatakowana. Bez względu na to czy przeciwnik ocenił właściwie jej potencjał obronny czy nie. Fakt rozpoczęcia działań wojennych jest klęska zaatakowanego, który swoją polityką i działaniami nie militarnymi w trakcie pokoju nie odstraszył i nie powstrzymał agresora, bez względu na późniejszy przebieg działań wojennych - jest to pierwsza klęska w rozpoczętej wojnie.

            W związku z decyzją rządu premiera Marcinkiewicza o przedłużeniu obecności polskich wojsk w Iraku, ukazały się w Rzeczpospolitej 4 stycznia br. dwa, przeciwstawne artykuły Jarosława Makowskiego '”Racje konia trojańskiego Ameryki” związanego ze środowiskiem "Krytyki Politycznej” i Stanisława Kozieja "Bezpieczny Świat - Bezpieczna Polska", żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, generała w Wojska Polskiego, wykładowcy AON, „niezależnego specjalisty” w sprawach militarnych a obecnie wiceministra obrony narodowej.

            Osobiście należę do tego grona działaczy SLD, którzy od początku byli krytykami polskiego udziału w operacji militarnej przeciwko Irakowi, mimo że to rząd SLD podejmował o tym decyzje. W liście otwartym z dnia 12.05.2004 r. który ukazał się w Trybunie apelowaliśmy jako organizatorzy i członkowie Platformy Socjalistycznej SLD o natychmiastowe wycofanie wojsk polskich z Iraku, powtarzając to w kolejnych naszych stanowiskach przed Kongresem SLD w grudniu 2004 r.

            Nie jestem ani wrogiem wojskowości ani pacyfista z zamiłowania. W pełni rozumiem, że polityka międzynarodowa ciągle jest oparta na zasadzie siły. Przewaga polityczna, kulturalna, technologiczna, gospodarcza jak i militarna stanowi o miejscu państwa na arenie międzynarodowej. Rozumiem sens działań prewencyjnych i rzymską sentencje si vis pacem, para bellum.

            Z pracami profesora Kozieja z dziedziny wojskowości miałem okazje zetknąć się jako student historii zainteresowany historią wojskowości i wojen, a także jako słuchacz SPR WSO im. Stefana Czarnieckiego w Poznaniu.

            Nie będę polemizował ze stanowiskiem pana Makowskiego, ponieważ zgadzam się z większością przedstawionych przez niego tez. Jednak artykuł pana wiceministra, biorąc pod uwagę jego dorobek naukowy i zawodowy w kwestiach sztuki wojennej powoduje, że nie mogę zgodzić się z jego stanowiskiem prezentowanym obecnie jako wiceministra obrony narodowej w rządzie PiSu wobec sprawy Irackiej.

            We wszelkich dyskusjach i polemikach w sprawie Iraku mimo używania argumentacji militarnej i wojskowej, szafowania autorytetem żołnierza polskiego tak naprawdę nie porusza się spraw i argumentów z tematyki sztuki wojennej i wojskowości. Dyskusja toczy się na płaszczyźnie politycznej, moralnej czy też gospodarczej. Zatem w mojej polemice z wiceministrem pragnąłbym zwrócić także uwagę na te kwestie stricte wojskowe, które co prawda poruszane są w zamkniętych gronach osób związanych zawodowo, naukowo czy hobbystycznie z wojskowością, jednak pozostają mało znane przeciętnemu czytelnikowi.

            Wiceminister w swoim artykule na potrzeby legitymizowania naszej dalszej obecności wojskowej w Iraku buduje cztery przesłanki; strategicznego interesu bezpieczeństwa, stanowiska społeczności międzynarodowej, opinii i próśb władz irackich a także konsultacji sojuszniczych.

            Wiceminister obawia się, że z powodu braku zapewnienia ładu i bezpieczeństwa „łatwo może dojść do poważnej destabilizacji, wybuchu wojny domowej (..)".

             Jak mawiają Francuzi c’est la guerre! Zatem pragnąłbym zauważyć, że wojna domowa w Iraku już trwa, od momentu jak tylko Amerykanie rozpoczęli tworzenie irackich jednostek bezpieczeństwa i wojska, odkąd utworzyli marionetkowe władze, które mają przeprowadzić proces demokratyzacji tego kraju. Irakijczycy zabijają Irakijczyków. Zatem twierdzenie o zagrożeniu wojną domową eufemistycznie mówiąc jest po prostu kłamstwem. Obecnie skala ataków rebeliantów, terrorystów, partyzantów jakkolwiek będziemy ich nazywać, kierowanych wobec przedstawicieli władz irackich ustanowionych przez administracje Bush’a, swoich własnych rodaków jest już większa niż ataków na wojska amerykańskie. Jest to związane z amerykańską ideą irakizacji konfliktu.

            W latach 70 w Wietnamie amerykanie w związku z brakiem sił i pomysłu na militarne rozstrzygnięcie konfliktu zastosowali strategie wietnamizacji wojny tzn. przerzucenia całkowitego ciężaru działań militarnych na siły Wietnamu Południowego i stopniowego wycofywania się z terenu konfrontacji. Wietnamizacja wojny skończyła się rejteradą jednego z największych mocarstw, zadyszką gospodarczą interwenta i upadkiem po 3 latach reżimu południowowietnamskiego pod naporem komunistów. Wojna domowa, wojna partyzancka w Iraku trwa.

            Sugerowanie przez pan wiceministra, że jest to misja stabilizacyjna, szkoleniowa jest propagandowym zabiegiem, który był i jest powielany przez wielu polityków prawicowych a także lewicowych nie wspominając o dziennikarzach wszelkiego rodzaju mediów.

             Stara teza von Clausewitz’a że nie wystarczy pokonać armie przeciwnika i zająć jego terytorium, aby wygrać wojnę, trzeb jeszcze przekonać jego społeczeństwo do posłuszeństwa jak i stwierdzenie, Talleyrand’a że bagnetami można załatwić wszystko, ale nie da się na nich siedzieć, potwierdza nam jakże bogata w przykłady historia wojen. (Wojna Napoleona w Hiszpania, Walki w Jugosławii Wermachtu z partyzantką Tito, Wojny wietnamskie 1946-54, 1957-1975, Algieria 1954-1962, Afganistan 1979-1989). Przykładów wygranych wojen z partyzantami historia dostarcza nam znacznie mniej.

            Stany Zjednoczone przegrywają z militarnego punktu widzenia drugą wojnę w Iraku. Nie zrealizowały celów postawionych w tej wojnie. Poza usunięciem Saddama Husajna nie nastąpiła stabilizacja regionu, Irak jest pogrążony w wojnie domowej, której eskalacji nikt dziś nie może przewidzieć a terytorium z wyjątkiem miast, instalacji naftowych jest ziemią niczyją.

            Zgodnie z regulaminami Wojska Polskiego, jaki i odwiecznymi zasadami sztuki wojennej, aby odnieść zwycięstwo należy zyskać przewagę ilościową tak w sprzęcie jak i sile żywej. Sama przewaga technologiczna nie pozwali całkowicie przejąć inicjatywy na polu walki. Analiza wielu bitew i wojen dokonywana przez cywilnych i wojskowych historyków jednoznacznie udowadnia, że uzyskanie przewagi ilościowej jest niezbędna w celu odniesienia zwycięstwa. Przykładów przegranych wojen i bitew z przeciwnikiem mniejszym liczebnie nie znajdziemy wiele, co ciekawie opisuje nam Dominik Strasburger w książce „Zasady sztuki wojennej”.

            W boju spotkaniowym, aby moc uzyskać zwycięstwo wystarczy, że doprowadzimy do równowagi sił 1:1 jednak już w natarciu musimy uzyskać przewagę 3:1 dla atakującego żeby myśleć o zwycięstwie. Są to jednak rozważania dotyczące działań regularnych wojsk. W operacjach sił wojskowych, które są skierowane przeciwko prowadzącemu działania nieregularne (partyzantka, terroryzm, dywersja, sabotaż) należy zgodnie z literaturą przedmiotu uzyskać następujący stosunek wojsk regularnych do sił partyzantów czy dywersantów, aby kalkulować skuteczność prowadzonych działań przeciwdywersyjnych czy przeciwpartyzantckich; od 17:1 do 52:1. Tak duże przedział wynika od zdolności manewrowych wojsk regularnych, terenu działania, rozpracowania wywiadowczego przeciwnika i wsparcie ze strony ludności miejscowej.

             W kalkulacjach sił należy uwzględnić kolejny czynnik analizując dysproporcje sił w wojnie asymetrycznej. Stosunek prowadzących bezpośrednie działania bojowe do bezpośrednio zabezpieczających ich w wojskach regularnych wynosi jak 1:5(8) natomiast analizując działania Vietcongu podczas wojny wietnamskiej wiemy, że partyzantce komunistycznej udało się osiągnąć współczynnik odwrotny, 10:1 czyli na dziesięciu partyzantów walczących przypadał jeden od zabezpieczenia logistycznego. Koszt zabicia jednego wietnamskiego partyzanta wyniósł 17 ton bomb, 7 ton paliwa i 1 tonę napalmu.     

            Analizując potencjał terytorialny i ludnościowy Iraku łatwo możemy wyliczyć jak ogromne siły wojskowe i koszty finansowe są potrzebne do kontroli i zakończenia działań wojennych w Iraku. Przewaga technologiczna w trakcie prowadzenia działań wojennych tak prosto i jednoznacznie nie przekłada się na przewagę na polu walki. Szczególnie w wojnie asymetrycznej.

             Nauka płynąca z historii, co do wojen jest jednoznaczna – łatwo się je zaczyna, ale trudno kończy. Polska armia od samego początku misji nie przedstawiła realnej siły militarnej, która miałaby znaczenia w działaniach wojennych w Iraku. Egzotyczna koalicja zmontowaną przez Stany Zjednoczone była potrzebna li tylko do legitymizacji interwencji amerykańskiej przed światową opinią publiczną, społeczeństwem amerykańskim, wobec ONZ i UE. Dzisiaj jednak, kiedy poszczególne państwa wycofują swoje kontyngenty wojskowe, argumentacja lojalności, odpowiedzialności wobec sojuszników jest propagandowym wybiegiem, o czym pisze w swoim artykule Makowski. Państwa nie mają przyjaciół mają wieczne interesy jak mawiają Anglosasi.

            Dziś nikt nie może przewidzieć, kto okaże się zwycięzcą wojny domowej w Iraku ani mięć gwarancji, że demokracja w rozumieniu kultury euroatlantydzkiej będzie miała dłuższy scenariusz historyczny w Iraku. Argumentacja pana wiceministra "(..) że przecież z tymi właśnie nowymi władzami będziemy chcieli nawiązać kontakt i współpracę handlową, gospodarcza(..)" potwierdza tezy i oskarżenia o imperialny charakter tej wojny w imię zysków ekonomicznych okupantów. Myślenie, że elity amerykańskie odwdzięczą się polskiemu sojusznikowi jest naiwne i żałosne. Oczywiście oczekiwania tego typu po stronie polskich neokonserwatystów dowodzą tylko słuszności zarzutów i tez pojawiających się tak w analizie historii świata jak i wśród rożnych środowisk intelektualnych publikujących szczególnie na Zachodzie, że karabiny i bomby oczyszczaj przedpole dla kapitału i handlu.

            Zbigniew Jankowski w artykule „Mityczne wartości Zachodu”, „Dziś” 2006r., nr1cytuje wypowiedź amerykańskiego generała Smedley’a Butler’a: „Spędziłem 33 lata i 4 miesiące w amerykańskiej piechocie, działając głównie w roli silnego ramienia wielkiego biznesu, Wall Street i bankierów; najkrócej rzecz ujmując, byłem gangsterem kapitalizmu. W latach 1910-1912 współdziałałem przy oczyszczaniu Nikaragui dla międzynarodowego oddziału banku Brwon Brothers.(…)W 1927 r. dopilnowałem, aby Standard Oil mógł działać bez przeszkód w Chinach.(…) Miałbym niejedno do powiedzenia Alowi Capowe. Jemu udało się kierować gangiem w trzech miejskich dzielnicach. Piechota morska [USA] działała na trzech kontynentach”.

            Polityka kanonierek i podbojów kolonialnych prowadzonych w imię postępu, wolności handlu i wyższości nad innymi kulturami i nacjami wypełnia karty historii. Adam Smith ubolewał nad tym, że angielski handel i przemysł włókienniczy niszczy przemysł włókienniczy w Indiach i nie ma to nic wspólnego z wolnym rynkiem.

            Gen. Dwight Eisenhower późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych przestrzegał przed zagrożeniem ze strony lobby militarno-przemysłowego, które obecnie produkuje, bombarduje, odbudowuje i wyciąga pieniądze od amerykańskich podatników poprzez PMC’s (private millitary companies – prywatne wojskowe firmy).

             Amerykańska pomoc wojskowa kierowana do prawicowych junt w Ameryce Środkowej czy rebeliantów z RENAMO w okresie lat 80 sięgała setek milionów dolarów dla poszczególnych stron. Polska jak informuje minister Sikorki ma otrzymać w tym roku 32 mln dolarów. Potencjał tak militarnym jak i ludnościowy Polski jest jednak znacznie większa, zatem znaczenie polskiego sojusznika musi być proporcjonalnie niższa dla amerykańskich kongresmenów niż zbrodniczych dyktatur latynoamerykańskich. 2,5 roku naszej obecności militarnej w Iraku także nie przyniosło Polsce żadnych wymiernych korzyści gospodarczych. Ze słabymi nikt się nie dzieli(!)

            Polska nie jest mocarstwem ani światowym ani nawet regionalnym. Nasz potencjał militarny i gospodarczy jest zbyt mały żeby móc być jakimkolwiek graczem na arenie międzynarodowej przy boku Wielkich, a napinanie przez naszych ministrów obrony muskułów jest śmieszne i próżne. Rola dla Polski to tylko legitymizacja amerykańskich poczynań, w którą to już opinia światowa nie wierzy.

            Możliwości wystawienia jednej brygady do misji takiego typu jak misja w Iraku pozwalają na prowadzenie samodzielnie działań tylko w skali taktycznej i to nie najwyższego szczebla. Wyższymi jednostkami taktycznymi jest dywizja( w uproszczeniu to 3 brygady, artyleria, logistyka) i korpus (składa się z kilu brygad albo 2-3 dywizji). Sztuka wojenna składa się z trzech części; ze strategii, sztuki operacyjnej i taktyki. Taktyka jest szczeblem najniższym w sztuce wojennej.

            Wiceminister pisze "(..) podejmując decyzje o kontynuacji misji w Iraku, kierowaliśmy się racjami strategicznymi, długofalowymi(..)". Zgodnie z doktryną Wojska Polskiego pierwszą zasadą sztuki wojennej jest celowość działań ( w armii brytyjskiej to wybór i utrzymanie celu, rosyjskiej przestrzeganie celu, niemieckiej cel). Zatem nasuwa się sarkastyczne pytanie, jakie to cele strategiczne w ocenie nowego kierownictw MON ma realizować żołnierz polski, kiedy jego potencjał militarny zaangażowany obecnie nie pozwala mu na samodzielne prowadzenie działań nawet na szczeblu brygady ( 900 żołnierzy to niespełna stan liczebny 2 batalionów zmechanizowanych a skład brygady to 5 batalionów).

            Ocena decyzji, co do udziału i uczestnictwa w wojnie irackiej musi być inna wobec tych, którzy podejmowali ją 2,5 roku temu a tych, co podejmują ją dziś, ponieważ dysponujemy innym stanem wiedzy, co do istniejącej sytuacji w Iraku. Ustalenia rządu Marka Belki dawały nam okazje wycofania się z tej wątpliwej moralnie i co do zysków politycznych wojny. Jednak została ona zaprzepaszczona przez nowy rząd premiera Marcinkiewicza.